Odwiedziny.

niedziela, 25 września 2016

Dziedzictwo Orchana

Wiosną, snując się po irańskim Isfahanie, trafiłem do ormiańskiej dzielnicy Dżulfa, gdzie widać było dostatek i zamożność mieszkańców, chrześcijan, który osiedlili się tu w XVII wieku. Zwiedzając katedrę Vank z niezwykłymi malowidłami, wyszedłem na niewielki dziedziniec i trafiłem do skromnego muzeum, gdzie oprócz pamiątek, dokumentujących pobyt Ormian na tej ziemi, przedstawiono również dowody ludobójstwa, dokonanego na tej ludności przez Turków w latach 1915 -17. W kwietniu 1915 roku, rząd turecki wydał rozporządzenie, nakazujące aresztowanie ormiańskiej inteligencji, a następnie deportację zamieszkujących Anatolię Ormian do Syrii i Mezopotamii, gdzie ginęli z głodu i wycieńczenia. Ludobójstwo Ormian jest drugim po Holocauście najlepiej udokumentowanym i opisanym ludobójstwem, dokonanym przez władze państwowe na grupie etnicznej w czasach nowożytnych.


Książka Aline Ohanesian dotyka tematu ludobójstwa, przez historię rodziny tureckich mieszkańców wioski, do której przyjeżdża główny bohater, w związku ze śmiercią jego dziadka Kemala, znalezionego w beczce z niebieskim barwnikiem. To czasy współczesne, które otwierają powieść, ale zaraz cofamy się do pamiętnego roku 1915, do czasów młodości Kemala, który jest rodowitym Anatolczykiem i pracuje w rodzinnej firmie. Oczywiście do wszystkiego jest przypisany wątek miłosny, który zawsze nadaje powieści romantyczny wydźwięk – nic tak nie wzmaga poczucia krzywdy i tragedii, jak nieszczęśliwa miłość.
Autorka wprowadza nas w świat tradycji i zwyczajów drzemiących do dzisiaj w tureckich wioskach, takich jak Karod, leżących w tureckiej prowincji Sivas – to środkowa Anatolia, gdzie pasterze wypasają długowłose kozy, a wieśniaczki noszą na plecach chrust. To zakątek świata gdzie: czas i postęp są dwoma krewniakami, którzy dawno utracili ze sobą kontakt i tylko sporadycznie przesyłają sobie okolicznościowe życzenia.”


Aline Ohanesian urodziła się w Kuwejcie, ale w wieku trzech lat wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych, gdzie mieszka do dzisiaj. To jej pierwsza książka, ale napisana niezwykle dojrzałym stylem, jakby autorka zajmowała się literaturą od lat, choć z wykształcenia jest historykiem. Czytając prozę Ohanesian przypomina mi się klimat powieści Orhana Pamuka (proszę zwrócić uwagę, że w tytule też mamy Orchana, choć pisanego przez „ch” –  oryginalny tytuł powieści to ”Orhan’s Inheritance”, więc jaki był zamysł tłumacza, że zmiękczył nam to imię w przekładzie?). Pamuk ukazał nam Turcję jakiej nie znaliśmy, stworzył literacki klimat o określonym smaku – właśnie ten specyficzny koloryt, lekko prowincjonalną aurę, odtwarza nam również Aline Ohanesian, więc kto zaczytywał się autorem „Śniegu”, znajdzie w tej prozie godnego naśladowcę.
Tytułowy Orchan będzie musiał zmierzyć się z rodzinną zagadką – wyrwany z tradycyjnej wioski, żyje z dala od zwyczajów, pielęgnowanych przez surowego ojca. Spadek po dziadku zmusi go do podróży w poszukiwaniu 87- letniej dziedziczki rodzinnego domu. Seda, przebywająca w domu opieki w Los Angeles, wyjawi mu tajemnicę jego pochodzenia, wydobędzie historie z odległych czasów, o których nasz bohater nie miał dotąd pojęcia.


Mądra i świetnie napisana książka – kobiety uwielbiają takie opowieści, ale zagłębianie się w świat tradycji, zwyczajów, folkloru, o którym nie mamy  pojęcia, wylegując się na plażach Alanyi, dostarczy też rozkoszy miłośnikom fascynujących dramatów rodzinnych oraz pozwoli przypomnieć o ludobójstwie, o którym Turcy nie chcą pamiętać i do którego nie chcą się przyznać, jakby nie wiedzieli o tym, że nawet najbardziej skrywana zbrodnia, w końcu znajdzie swojego pisarza.

sobota, 10 września 2016

Wielkie żarcie w Europie.

Co jedliście dzisiaj na obiad? Czy był to schabowy z kapustą? A może kurczę pieczone? Nie zadaję tego pytania tłumom w galeriach handlowych, raczącym się glutaminianem sodu w popularnych fast foodach. Właśnie – glutaminian sodu, wzmacniacz smaku, dodawany do niemal wszystkich gotowych potraw. Kikunae Ikeda wyizolował go z glonów na początku XX wieku, a używali go początkowo jedynie Azjaci, do potraw z ryb i mięsa. Obecnie trudno sobie wyobrazić jedzenie bez tego składnika, który podobno przyspiesza trawienie. Ci ciekawe, glutaminian nie trafia wcale do kubków smakowych, ale bezpośrednio z krwi do mózgu, gdzie zachowuje się jak neuroprzekaźnik, który panierowane odpady z kurczaka prezentuje jako wyśmienite danie, a w rzeczywistości raczymy się smażonymi w głębokim tłuszczu resztkami. Wywołuje to u niektórych ludzi słynny syndrom chińskiej restauracji, czyli kołatanie serca, migreny, a nawet nudności, nie wspominając o cukrzycy i otyłości.


Tom Hillenbrand nawiązał do tego polepszacza smaków, serwując nam opowieść o czynniku nieporównywalnie skuteczniejszym od glutaminianu, produkowanym przez Solanum catvanum, wymyśloną przez autora roślinę z rodziny psiankowatych, do której należą również ziemniaki czy pomidory. Tego typu rośliny, namiętnie poszukiwane przez mistrzów kuchni i restauratorów, chcących przyciągnąć do swoich przybytków zmanierowaną publikę, mogą osiągać zawrotne ceny, a firmy, które zechcą wprowadzić je na rynek, zarobią miliony.
Nasza opowieść koncentruje się na skromnym, choć zdolnym właścicielu restauracji w Luksemburgu, dokąd trafia znudzony krytyk kulinarny, a następnie pada tam trupem. Rozwiązując zagadkę jego śmierci, Xavier Kieffer cudem uniknie śmierci, pozna właścicielkę słynnej firmy oceniającej restauracje, wzorowanej na serwującym gwiazdki restauracjom, przewodniku Michelin, wielokrotnie wybierze się w podróż, zniszczy parę ubrań i zje szereg pyszności, zazwyczaj samodzielnie przyrządzonych.
Wracając do pytania postawionego na początku, to z książki dowiemy się nie tylko jak wygląda Luksemburg i siedziba europejskich banków, ale głównie poznamy czym raczą się bogaci europejczycy: zawijany pasztet z faszerowanego bażanta z owocami jałowca, kaczka w sosie z gorzkich pomarańczy, stek z koniny z szalotkami, wędzona karkówka z bobem, królik w sosie musztardowym, suflet pomarańczowy z bezą, kaszanka po luksembursku. Wystarczy, żeby wam schabowy nie stanął w gardle.


Bohater potrafi wyśmienicie gotować, ale jest przeciwieństwem swojego kolegi ze szkoły, który wzorem licznych telewizyjnych celebrytów, z gotowania uczynił cyrk, polegający na zarabianiu pieniędzy, gdzie używa się tanich zamienników, a im więcej udziwnień, tym lepszy efekt, nie zawsze smaczny, nie mówiąc o zdrowiu.
Książka oparta jest na prostym schemacie myślowym: to co naturalne i skromne, musi być niezrównanie lepsze od masowej produkcji pod publiczkę. Ta oczywista prawda nie zawsze dociera do współczesnych miłośników dobrego jedzenia, szukających raczej wyzwań i dziwności, niż prostych i sprawdzonych dań. Hillenbrand świetnie podaje nam też rzeczywistość kuchni „od kuchni”, a więc całej organizacji wielkich restauracji, gdzie praca polega nie tylko na sprawnym krojeniu i smażeniu, ale potrzebuje również niesamowitej logistyki, zwłaszcza, kiedy ma się gotować dla kilkuset osób na raz. Reumatyzm, choroby kręgosłupa i kolan, ciągły ból w stopach, oparzenia i poprzecinane ścięgna – to tylko niektóre choroby zawodowe kucharzy, a przecież do tego dochodzi stres związany z ciągłym ocenianiem ich umiejętności, choćby poprzez te słynne gwiazdki Michelina.


Autor – zapalony kucharz, ale także pracownik struktur europejskich wysmażył intrygę, gdzie przemyca kilka prawd, dotyczących konsumpcyjnej Europy. Ta sprawnie napisana książka przysporzy wszystkim smakoszom przyjemności, związanej nie tylko z przygotowywaniem potraw, choć nie ma tam wcale przepisów, ale będzie trzymać w napięciu, bo śledząc losy sympatycznego Xaviera, poznamy kulisy rynku kulinarnego, o których nie mieliśmy nawet pojęcia.
Nie wiem ile jest prawdy w stwierdzeniach bohaterów książki, że ilość podstawowych produktów oferowanych europejczykom gwałtownie się kurczy, że zaczyna powoli brakować parmezanu, dorszów czy szparagów, stąd szaleńcze poszukiwania zamienników, które będą smakować podobnie, a nawet lepiej, ale gwałtownie bogacące się państwa azjatyckie wymuszają na gospodarce europejskiej zwielokrotnienie produkcji. Chińczycy gotowi są zapłacić za trufle tysiące dolarów i właśnie to im poświęcony jest finał  książki. Na pewno do niego dobrniecie, bo czyta się to lekko i z przyjemnością, nie tylko dlatego, że się tam smacznie gotuje.

Już w październiku ma ukazać się druga część serii pt. „Czerwone złoto”; w której przeczytamy o zakazanych romansach, polityce, pieniądzach i prestiżu, o miłości i intrygach na salonach. Jeśli ma być tak samo smacznie, to nie odmówię sobie lektury, choć po przeczytaniu „Diabelskiego owocu”, wolałem sam ugotować zupę, zamiast wyprawy do Pizza Hut. 

czwartek, 8 września 2016

Szumowiny czyli recydywiści.

„Bunnfall” czyli „Szumowiny”, to szósta książka o przygodach komisarza Williama Wistinga. Do tej pory w Polsce ukazały się cztery tomy serii Horsta, te napisane w latach 2011 – 2015. „Szumowiny” cofają nas do roku 2010, a więc nie jesteśmy chronologicznie usadowieniu w życiu bohatera, raczej skaczemy po jego życiu niczym pchła po psie. Kiedy otrzymuję propozycję napisania o losach komisarza Wistinga, nie odmawiam, ponieważ wiem, że dostanę porcję rzetelnej intrygi, skomplikowanej i mięsistej, która dostatecznie mocno wciągnie mnie w swój wir. A więc poczynając od „Jaskiniowca”, przez „Poza sezonem” i „Ślepy tor”, Horst towarzyszy mi co roku. Do kompletu brakuje mi jedynie „Psów gończych”, ale może kiedyś uzupełnię bibliotekę i o tę pozycję.


„Szumowiny” wydają się jedną z lepszych książek Horsta, choć pokazują żmudne śledztwo podobnie do poprzednich. W każdym tomie Horst stara się poruszyć ważną kwestię związaną z bezpieczeństwem obywateli: w „Jaskiniowcu” zwracał uwagę na izolację mieszkańców i ich wyobcowanie, pozwalające obcym podszywać się pod przypadkowych obywateli; w „Poza sezonem” mamy złodziejski gang z Litwy, czyli problem biednych sąsiadów, którzy kradną w bogatej Norwegii, a w „Ślepym torze” mamy do czynienia z odziedziczonymi pieniędzmi pochodzącymi z nielegalnych interesów.
Zmęczony pracą komisarz, po wizycie u lekarza, który rzecz jasna będzie kazał mu się zdrowo odżywiać, co było jak pamiętamy standardowym motywem prozy Mankella,  podobnie jak Wisting żywiącego się w fast foodach, więc nasz pracoholik musi zmierzyć się z wyrzucanymi na brzeg morza odciętymi, lewymi stopami w sportowych butach. Ten zagadkowy fakt jest motorem napędowym intrygi, ponieważ śledczy nie potrafią wyjaśnić, dlaczego ktoś te nogi odcina, dlaczego są to akurat lewe stopy, bez towarzyszącym im ciał. W uporządkowanym, norweskim społeczeństwie szybko udaje się ustalić osoby, które zaginęły, a rolą policji jest powiązanie faktów” wynikających z przesłuchań otoczenia oraz następujących po sobie wydarzeń. Szybko dostajemy wyjaśnienie, co łączyło ze sobą zaginionych, a zagadka odciętych stóp okazuje się wcale nie taka skomplikowana.



W każdym kryminale Horsta towarzyszy nam córka komisarza, Line, wplątana przez swoją dziennikarską pasję w śledztwo ojca. Tym razem pisze artykuł o roli więzienia w życiu skazanego, który zostaje wypuszczony na wolność. Horst stawia pytania, jak system penitencjarny resocjalizuje i wnioski wydają się oczywiste, o czym przekonują się nie tylko bogaci Norwegowie – wystarczy porównać statystyki związane z recydywistami w Polsce.
Rzecz jasna można się zagubić w norweskich nazwiskach, nie zawsze udawało mi się zapamiętać kto jest kim, ale dla bystrzejszych czytelników, nie będzie to trudna sztuka, zwłaszcza, że w tego typu kryminale tak naprawdę nie chodzi o to, żebyśmy sami odnaleźli sprawcę. Kolejne fakty przedstawiane przez autora prowadzą nas powoli do rozwiązania, jakby przestępcy nie mieli żadnych szans już na starcie.
Line wraz z ojcem stoczą na koniec morderczą walkę z zabójcą. Ponownie prawdopodobieństwo sceny finałowej stawia pod znakiem zapytania umiejętności konstruowania scen dramatycznych przez skandynawskich mistrzów kryminału, choć zdaje się, że nie o to tak naprawdę w tym wszystkim chodzi, że ważniejsza jest intryga i atmosfera, niż dynamika wydarzeń. Nesbo zapewne uśmierciłby jakiegoś policjanta, dobrze, żeby to był przyjaciel Harrego Hole, albo ktoś z jego rodziny. U Horsta morderca jest ślamazarny choć wcześniej zabijał bez skrupułów.
Horst lubi przytaczać statystyki – pisze o karze śmierci, podaje przykłady z USA: ilość zabitych przez system posiłkujący się karą śmierci to tysiąc egzekucji w czasie trzydziestu lat,  gdy tymczasem skazani w Norwegii, po odsiedzeniu wyroku wychodzili na wolność. Czy chce nam w ten sposób o czymś powiedzieć, zwłaszcza w kontekście morderców recydywistów?

Autorowi spodobał się slogan „Just do it” promujący firmę Nike, a właściwie historia Gary’ego Gilmore’a, który przed czekającym go rozstrzelaniem za podwójne morderstwo i po sutym posiłku, zakończonym alkoholem, po prostu wstał i powiedział „Zróbmy to” - Just do it stało się wezwaniem do czynu, choć ten kontekst zdaje się tutaj przytoczony na siłę.
Lubię kiedy Horst ociera się o metafizykę, kiedy Wisting z córką analizują   przypadkowe spotkania, wtedy książka nabiera innego wyrazu i paradoksalnie, im mniej w niej sensacji. tym jest lepsza. Podobnie jak w życiu Wallandera, Wisting szuka oparcia w kobietach, ale nie potrafi ułożyć sobie życia, poświęcając się w całości pracy.

Starzejący się komisarz zaczyna wzbudzać w nas przekonanie, że jego życie, skoncentrowane na wyniszczającej pracy, nie przyniesie mu szczęścia, że ten typ osobowości skazany jest na porażkę, ale doskonale wiemy, że jest to porażka honorowa, naznaczona sukcesami w zwalczaniu przestępczości. Staromodny Wisting kontynuuje los Wallandera, a podobieństwo bohaterów pozwala nam cieszyć się kolejnymi książkami, mając nadzieję, że wydawnictwo nie zrezygnuje z serwowania nam dawniejszych i tych przyszłych przygód coraz bardziej lubianego dowódcy Wydziału Śledczego w Larvik. 

poniedziałek, 5 września 2016

Za mało chciwości...

Najważniejsze jest ogólne wrażenie. I to, czy dam się wciągnąć od początku w akcję książki w taki sposób, żeby do niej z przyjemnością wracać; albo żeby dowiedzieć się kto zabił. W przypadku najnowszej książki Marty Guzowskiej, nie zostałem zauroczony, ale też nie odrzuciłem jej ze wstrętem, z pewną przyjemnością doczytałem do końca, i z miejsca domyśliłem się kto jest szubrawcem – w tego typu kryminałach autorzy nie silą się na oryginalność, albo wydaje im się, że przypadkowy czytelnik da się nabrać na numer z najlepszym przyjacielem, ale już wytrawny czytelnik Christi, Nesbo czy Lemaitre, wyczuje ten smród zwodniczej sztuczki, żeby zaskoczyć i zadziwić. Marta Guzowska jeszcze nie jest mistrzynią, prawdopodobnie nigdy nią nie zostanie, bo z tym talentem urodzić się trzeba. Co nie znaczy, że Guzowska nie usadowi się na rynku wydawniczym dosyć solidnie – to rzemieślnik literatury masowej, wypełniacz nudnych podróży dla średnio zaawansowanych, towarzysz plażowych parawanowiczów, którzy aspirują do miana czytelników i chcą obnosić się z książką, bo to wygląda snobistycznie. Książka spodoba się licznym blogerkom książkowym, które napiszą, że oderwać się od tej „literatury” nie potrafiły. I że to najlepsza książka, jaką w tym roku przeczytały (trudno się dziwić obserwując co czytają).


Wracając do ogólnego wrażenia, to jestem przyjemnie zaskoczony. Książka mi się podobała i nosiłem ją w tą i z powrotem przez kilka dni, a kiedy doczytałem do przewidywalnego końca – chyba nie sądziliście, że główna bohaterka zginie – pomyślałem, że następną opowieść o Simonie wrzucę sobie na eBooka. Czekam też na przecenione egzemplarze przedostatniej książki autorki „Wszyscy ludzie przez cały czas”, ponieważ tego typu literatura ma w sobie coś wciągającego i choć mankamentów jest tam tyle, że chciałoby się je dosadnie wypunktować, to jednak tłumaczę sobie, że nie chodzi o to, żeby było prawdopodobnie – chodzi o to, żeby się wciągnąć w opowiadaną historię.
Simona Brenner jest archeologiem i złodziejem, i choć nie wiemy co do tej pory ukradła, to podobno jest najlepsza na świecie. Nie wiemy też jakiej jest narodowości, a to z pewnością dodałoby kolorytu tej postaci i podbudowało naszą narodową dumę, gdyby okazała się mieć polskie korzenie. Potrafi błyskawicznie otwierać spinką do włosów wszystkie zamki, wydostawać się z zamkniętych pomieszczeń, nawet jeśli jest to muzeum Puszkina. Kradzież słynnego diademu Heleny ze skarbu Schliemanna przychodzi jej tak samo łatwo jak odnalezienie w zatęchłej piwniczce pozostałych skarbów z pałacu Priama. Te ciągi nieprawdopodobnych przypadków towarzyszą nam co krok – trudno uwierzyć, żeby tajemniczy mocodawca nie potrafił sobie poradzić bez jej usług – być może tylko ona potrafi w ostatniej chwili zdobyć informację o zbiorach zalegających zapomnianą piwnicę z winem i tylko w jej obecności można otwierać tajemnicze skrzynie ze skorupami.



Simona jest wkurzająca, pyskata, niecierpliwa, zadufana w sobie – podobno jest najlepsza, ale nie wiadomo dlaczego. Autorka stara się wykorzystać swoją archeologiczną wiedzę, ale czyni to za bardzo akademicko, wtłacza nam wiedzę niby przy okazji, zbyt encyklopedycznie, co z pewnością przyda się laikom w poszerzeniu swojej wiedzy  np. o Troi, ale brzmi sztucznie w opowiadaniu. Chciałby się punktować niedociągnięcia w nieskończoność, wytknąć szczeliny w fabule, rozłażący się koniec, wkurzającą postać Konstantinosa z tym jego „moja droga”, ale jest w tej powieści urok, coś, za czym tęsknimy, magia greckich wysp, przygody, skarbów ukrytych i odnalezionych, złych ludzi i niewinnych ofiar. Tylko tej chciwości mi brak. Czy Simona jest chciwa? Może chciwy jest jej kochanek, może Konstantinos, albo tajemniczy zleceniodawca? Chciwość jako pasja, namiętność w książce prawie nie występuje, ponieważ Guzowska nie koncentruje się na osobowościach a jedynie na akcji, która ma być dynamiczna i szalona, kosztem prawdopodobieństwa. A to w ludziach trzeba szukać uczuć i o ile na początku Simona jest wyrazista, ratując z opresji byłego kochanka, choć irytuje ją sama jego obecność, to potem zaczynają padać trupy, czasem kompletnie bez sensu. I cały czas nurtowało mnie pytanie: jeśli Simona miała odnaleźć diadem, przywieźć go Konstantinosowi, dostać za to dużo pieniędzy, to dlaczego nie mogła domyślić się, że ten zechce ją zabić? Zresztą po co ten Grek miałby tak mordować bez powodu? Ale po co ja sobie zadaje te pytania? A już wiem: nie zadawałbym tylu pytań, gdyby książka mnie nie wciągnęła. Można napisać zgryźliwą recenzję książki, która w ogólnym rozrachunku się podobała. I niech już tak zostanie.

sobota, 27 sierpnia 2016

"Portret wisielca" Marcin Wroński

Z Marcinem Wrońskim znam się od dawna, rzecz jasna nie osobiście, nie na wyciągnięcie ręki, choć takie też było spotkanie, ale przecież co to za znajomość, kiedy jeden pamięta uścisk a  drugi od uścisków dłoni ma już odciski; tak więc Marcina Wrońskiego znam, bo przeczytałem wszystkie kryminały z komisarzem Maciejewskim, i nie tylko przeczytałem, ale i postawiłem na półce. Komisarz Maciejewski bliższy mi jest znacznie bardziej, niż terytorialnie zadomowiony obok, Eberhard Mock, którego rychłe pojawienie się w nowej odsłonie, zapowiada kwiecistym stylem sam autor. Maciejewski wywodzi się z Mocka i tu trzeba przyznać pierwszeństwo Markowi Krajewskiemu, w kreowaniu postaci charakterystycznej, no ale jakby  tak analizować, kto się czym i kim inspirował, to możemy dojść w naszych dywagacjach, aż do komisarza Maigreta.


W najnowszej książce Wrońskiego „Portret wisielca”, otrzymujemy po raz kolejny historię przedwojenną, usadowioną w realiach tak przekonywujących, jakby autor zgłębiając dzieje swojego miasta, poznał już wszystkie jego zakamarki. Poruszamy się po Lublinie z lat trzydziestych ubiegłego wieku, podążając śladem komisarza Zygi, który chcąc rozwikłać przyczyny samobójczych śmierci dwóch młodzieńców, biega od jesziwy do KUL-u. Dzięki temu wkraczamy w rzeczywistość stosunków religijnych, ale i narodowych, tego całego zagmatwania przedwojennego, gdzie panuje rasizm, antysemityzm i nacjonalizm.
Jeden trup w żydowskiej szkole a drugi w katolickiej – Maciejewskiemu coś w tym wszystkim śmierdzi, zwłaszcza że zarówno utopiony jak i powieszony mieli ze sobą do czynienia. W swój charakterystyczny sposób Wroński wrzuca nas w świat zaginiony, jak zawsze sprawnie i z klasą, bo każdy dialog aż skrzy się od dowcipu i dwuznaczności. Sama intryga jest lekko na wyrost skrojona, łatwo dać się wyprowadzić na manowce, sedno sprawy leży nie wiadomo gdzie i sam przyznam, że pod koniec się pogubiłem, nie dlatego, że nie zgadłem kto zabił i czy w ogóle zabił, ale raczej szukałem motywów. A one niby są na wierzchu jak złamany nos Maciejewskiego, ale z drugiej strony ciężko je uzasadnić.


Nie wiem, czy  bohaterowie Wrońskiego, oczywiście ci drugiego planu, są postaciami historycznymi, czy rektor Kuszyński rzeczywiście rządził uczelnią, a cadyk Ajzer istniał naprawdę i był tak bezwzględnym wyzyskiwaczem. Proponuję przeczytać z uwagą co sam autor o tym pisze na końcu kryminału, wyjaśniając swoje podejście do opisywanych wydarzeń. Wspomina tam Wroński o rektorze Józefie Kruszyńskim, więc podobieństwo nazwisk jest zapewne nieprzypadkowe.
Tak więc mamy tu raczej konflikt społeczny, narodowy, polityczny – zawirowanie ideologiczne, a do tego jeszcze próby splątania Kabały z Biblią. Tradycyjnie u Wrońskiego najlepiej wypadają historie opowiedziane niejako przy okazji głównego konfliktu, kiedy to pokazuje się nam świat zaginiony, świat zamordowany, który do wojny stanowił o kolorycie życia w przedwojennym Lublinie, gdzie Cwajgowa wynajmowała pokoje a prostytutki usługiwały zapracowanym studentom jesziwy przez dziurę w płocie. Do tego wspaniały motyw przodownika Fałniewicza, który jeśli tylko pojawia się na stronach książki, śmierdzi mu z ust odorem nie do zniesienia – kuracja, jakiej się podjął polega na piciu specjalnego wywaru, a w jakim celu zamęcza otoczenie to już drogi czytelnik przeczyta pod koniec, ale dla domyślnych nie jest to żadna zagadka.



Przyjemność obcowania z ósmą już powieścią z Maciejewskim jako głównodowodzącym jest jak zawsze dogłębna. W kreowaniu scenek rodzajowych, dialogach, dowcipach, Marcin Wroński doszedł do perfekcji. Trochę gmatwa się przy wyjaśnianiu intrygi, jakby zakończenie rozpływało się, bo wyobrażamy sobie, że zaraz zagadka śmierci zostanie wyjaśniona, a tymczasem sprawy komplikują się, bo my nie śledzimy tylko afery samobójców, ale wplątano nas w rozgrywki na kilku płaszczyznach: policyjnej, narodowościowej, religijnej, obyczajowej i politycznej. Ten tygiel daje nam wspaniały sos, którym autor przyprawia mięso, a tam same smaczne kawałki, łącznie z hermafrodytą, którego to wątek dwupłciowości autor zarzucił, odstępując od drążenia tematu, może i słusznie, a może nie, bo o ile temat wydawałby się smaczny, to jednak odbiór mógłby razić przeciętnego czytelnika, niczym ohydny zapach, wydobywający się z ust przodownika Fałniewicza. 

sobota, 13 sierpnia 2016

Oona i Salinger.

Beigbeder jest z pewnością w gronie kilku pisarzy, których książki będę kupował w ciemno, niezależnie od tego co piszą krytycy, blogerzy od durnych stosików, czy inni mądrale. Większość z tych wyjątkowych autorów, odznacza się  specyficznym stylem, mieszanką egotyzmu, ironii oraz sarkastycznego podejścia do świata. Na pewno do tej grupy nie zaliczę Salingera.
Oona i Salinger” jest wyznaniem miłości. Napisana dla Lary Micheli, którą Beigbeder poślubił w 2014 roku, a której podobieństwo do tytułowej Oony O’Neill jest uderzające, miesza współczesność, z odległą o siedemdziesiąt lat historyjką romansu młodego Salingera z nieletnią celebrytką. Zamiast czytania od początku, sugeruję rozpocząć przygodę z Ooną i Salingerem, od rozdziału ostatniego, kiedy to podstarzały lowelas, czyli brodaty Frederic, poznaje młodziutką Larę ( cóż za piękne imię, wyjęte z Doktora Żywago, niczym błyszczące, czerwone jabłko z koszyka Czerwonego Kapturka). W życiu zdarzają się niezmiernie rzadko, a niektórym niestety wcale, takie chwile olśnienia, kiedy splot okoliczności, sytuacje, timing, zapachy, muzyka, towarzystwo, pogoda – wszystko to zgrywa się razem w magiczną chwilę, która może trwać sekundę, a jeśli przeniesie się płynnie w kilka godzin, czasem jeden dzień (nigdy dłużej), to zostaje w pamięci do samego końca. Tak właśnie B. poznał Larę a Salinger Oonę.


Autor wymyślił okoliczności romansu, wymyślił listy pisane przez oboje, choć one istnieją w archiwach Chaplinów (Oona została żoną Charliego i urodziła mu ośmioro dzieci). Te autentyczne listy i tak nie mogłyby zostać wydrukowane, gdyż istnieje całkowity zakaz publikacji czegokolwiek, co ma związek z Salingerem – oczywiście oprócz tego, co ukazało się za jego życia, ale B. nie dostał zgody nawet na zapoznanie się z nimi. Więc je sobie wymyślił i skonstruował przewrotną książkę, gdzie fakty mieszają się z fikcją (co ma już swoją nazwę: faction; albo posiłkując się Trumanem Capote i jego „Z zimną krwią” można coś takiego nazwać: non-fiction).


Romans pięknej, nieletniej Oony i dryblasa Jerrego nie trwał długo. Salinger zafascynowany jej urodą i wdziękiem, umawiał się z nią na randki, które Frederic opisuje sugestywnie, łącznie z nieskonsumowanymi nocami. Ta historia krótkiego romansu, błysku, który na oboje miał jakiś wpływ, choć na Salingera zapewne większy, co niektórzy znajdują w „Buszującym w zbożu”, więc ta historia rozlewa się potem na opisywaną przez B. wojenną udrękę Jerrego, która ukształtowała go ostatecznie, ale przecież i okaleczyła. Francuz Beigbeder raczy nas faktami i opisami z lądowania w Normandii, nie szczędzi szczegółów, ale Oona jest już w rękach starego Chaplina – ożeni się z nią kiedy tylko dziewczynka ukończy osiemnaście lat.
Beigbeder potrafi mnie rozśmieszyć, potrafi też celnie uderzyć. Lubię jego dygresje oraz liczne smaczki, kiedy np. pisze: „nagle zacząłem się wysławiać jak Patrick Modiano”, albo „Amerykanie zawsze krzyczą, zwłaszcza gdy im dolać wody do burbona z lodem”, a o dyrektorze Stork Clubu, gdzie balowała piętnastoletnia Oona wspomina, że „był snobem jak bidet w hotelu Waldorf Astoria”. Jednocześnie ten snob i znawca literatury potrafi drwić z siebie, bywa autoironiczny i sarkastyczny. Ten zblazowany koneser, rozprawia się ze współczesnością, której chce dorównać i którą tak pogardza, pisząc o „baranach, które nie chcą być baranami, lecz mimo wszystko skubią trawę, śniąc, że nie należą do stada, krótko mówiąc klienci Freuda, Buddy, Fashion TV i Facebooka.”


Właściwie najbardziej fascynujące są w tej książce początek i koniec: na początku pojawia się Truman Capote a na końcu Lara. Dostajemy też garść ciekawostek, zawsze łakomi plotek i sensacyjek, kto z kim i gdzie; a więc proszę, wybrałem tę, gdzie występuję mój ulubiony malarz oraz piosenkarz: „W następnym roku malarz Balthus zaprosił Oonę do Rossiniere, by przedstawić jej Davida Bowiego, który nagrywał płytę w Montreux.”

B. jako klasyczny amant, uwodziciel a przy tym inteligentny przyjaciel Houellebecqa, napisał książkę o miłości niespełnionej, która zainspirowała miłość jego życia. Czyli generalnie zawsze chodzi o miłość, o czym niektórzy zapominają i w ten sposób zaprzepaszczają swoje życie. Oona była dla Salingera niespełnionym marzeniem, choć znając jego charakter, gdyby się z nią ożenił, nie byłoby pretekstu do napisania ani tej książki, ani nawet „Buszującego w zbożu”. Więc może niespełniona miłość jest lepsza? 

sobota, 9 lipca 2016

Motyle Nabokova

To oczywiście książka dla snobów i miłośników twórczości autora „Lolity”. Proponuję rozpocząć podróż od pięciu pism lepidopterologicznych, które moszczą się na samym końcu książki i noszą wielce perwersyjne tytuły, takie jak: „Samica Lycaeides sublivens Nab” lub też „Zbieranie motyli w Wyoming, 1952”. Nabokov w latach czterdziestych przez kilka lat pracował na Harvardzie jako entomolog w Muzeum Zoologii Porównawczej, ale prawdziwe początki fascynacji motylami sięgają jego dzieciństwa w rajskiej Rosji przedrewolucyjnej, kiedy to matka pomogła przyszłemu pisarzowi oporządzić pierwszego pazia i pierwszego zawisaka, a kolekcja przyszpilonych motyli ojca, wzbudzała w nim niejasną tęsknotę. Kilka atlasów motyli, które stoją u mnie na najniższej półce, między innymi lekko przykurzona Encyklopedia „Motyle” Paula Smarta, to efekt młodzieńczej i bezwarunkowej miłości do prozy Nabokova, podobnie jak popularne kiedyś kolekcje zasuszonych owadów, w kolorowych i egzotycznych barwach wiszące w  ramkach na ścianie.


Poetycko opisane motyle zyskują zupełnie inną rangę i czyta się naukową prozę Nabokova jak liryczny poemat z dziwnego świata entomologii. Czerwony motyl na okładce daje złudzenie, że oto dostaniemy coś w stylu grubej księgi pod tytułem „Motyle Nabokova”, w której Boyd, Pyle oraz syn Dmitrij Nabokov, zgromadzili wszystko to, co autor „Ady” zdołał napisać o motylach przez całe swoje życie, od fragmentów listów, po kawałki z wszystkich swoich książek, w których przecież aż roi się od błyskających skrzydeł.
A jednak to nie jest książka o motylach Nabokova. Dostajemy zbiór polemiczny, w formie odpowiedzi Nabokova na liczne artykuły czy wywiady, które o nim publikowano. I jest to naprawdę smaczne danie zwłaszcza dla fanatyków twórczości Rosjanina – zebrane wywiady pozwalają odszukać wszystkie te bufoniaste, ale przecież jakże typowe dla Nabokova stwierdzenia, którymi tak łatwo się zachwycamy. Jednocześnie forma tych wywiadów wymusza pewną sztuczność, ponieważ wiemy, co autor nam niezwłocznie zdradza, że bardzo rzadko można było go nakłonić do odpowiedzi na pytania zadawane bezpośrednio – cyzelowane wypowiedzi były wcześniej spisane i przekazywane redakcjom lub dziennikarzom. Czyta się to ze smakiem dostrzegając ironię, dowcip i samouwielbienie mistrza prozy.


Nabokov na pytanie dlaczego nie ma własnego domu, odpowiada, że trudno jest odtworzyć warunki dzieciństwa – nigdy nic nie dorówna wspomnieniom, więc po co kłopotać się namiastkami. Na pytanie dziennikarza Playboya czy wierzy w Boga odpowiada błyskotliwie, w swoim stylu i polecam to sobie zanotować, żeby kiedyś błysnąć w towarzystwie i wywołać zdumienie jakiejś blond piękności: „Żeby być całkowicie szczerym, powiem coś, czego jeszcze nigdy nie mówiłem, i co, mam nadzieję, wzbudza trzeźwiący dreszczyk, a mianowicie że wiem więcej, niźli potrafię wyrazić słowami, a ta odrobina, którą potrafię wyrazić, nie byłaby wyrażona, gdybym nie wiedział więcej.”
Oczywiście Nabokov tutaj również powtarza znane swoje awersje do pewnego rodzaju literatury, pisząc o Faulknerze jako twórcy kukurydzianych kronik, o Pasternaku, że jego „Doktor Żywago” jest paskudnie napisany, a Mann stworzył głupkowatą „Śmierć w Wenecji.” Wielkie książki kreowane przez dziennikarzy czy krytyków, przypominają mu czasem jakieś absurdalne złudzenie – jak gdyby ofiara hipnozy uprawiała miłość z krzesłem – to zapewne aluzja do wyśmiewanego na każdym kroku konowała Freuda.  Nabokov szacunkiem darzy niewielu: spotkanego osobiście Joycea, rzecz jasna Kafkę z jego „Przemianą” oraz pierwszą połowę „W poszukiwaniu straconego czasu”. Chwaląc Joycea nie waha się napisać o „Finneganów trenie”, że jest mętną i bezkształtną masa fałszywego folkloru. O aforyzmach mówi, że są przejawem sklerozy, a o dobrych książkach jako czymś subiektywnym i trudnym – sztuka powinna być trudna, także dla czytelnika.
W tych wywiadach, artykułach, sprostowaniach przebijają się czasem smakołyki, bezcenne dla fanatyków twórczości Nabokova, jak np. ten fragment, kiedy przedstawia on swoje drzewo rodowe i czytając o przodkach, natykamy się na kawałek, gdzie pojawia się gruby Bolek III, książę śląski, umiejscowiony w rodzinie pisarza.


Smaczki, właśnie takie bezlitosne smakołyki, wyzierające dla uważnego czytelnika z każdej strony, stanowią sól tej zbieraniny wywiadów i artykułów. Nabokov się powtarza, puszy i wymądrza, ale jakże to jest rozkoszne, jaki to jest miód dla wszelkiego rodzaju snobów literackich. Baron Charlus Prousta zdaje się być najlepszym partnerem tych wypowiedzi, ten proustowski wymysł rozumiałby pisarza w każdym calu.

Własnym zdaniem” to kompilacja lekko chaotyczna i raczej przeznaczona dla znawców twórczości Nabokova, a nie tylko tych, którzy słyszeli o „Lolicie”, przeczytali „Pnina”, a ugrzęźli w „Adzie”. Jeśli pierwsze zdanie Przedmowy wyda ci się skandaliczne („Myślę jak geniusz, pisze jak najlepszy stylista, ale mówię jak dziecko”) to nie masz czego szukać dalej; ale jeśli znasz „Maszeńkę” i „Zaproszenie na egzekucję” to poczujesz się tu jak u siebie w domu.

piątek, 1 lipca 2016

"Vai lá cara" czyli dawaj ziomek.

Kiedy dostaję książkę podróżniczą do zrecenzowania, raczej nie odmawiam. Jednocześnie w księgarniach, przebierając w dziale z tego typu literaturą, choć kusi mnie czytanie o dalekich krajach, których jeszcze nie odwiedziłem, zazwyczaj odkładam ze smutkiem te wszystkie relacje z przemierzania motorem świata, rowerem Azji, czy piechotą Europy. Nawet czytając klasyków typu Paul Theroux, Colin Thubron czy choćby Terzani, staram się wybierać pozycje, które odnoszą się do miejsc, gdzie udało mi się przebywać. Nie daję się skusić literaturze uprawianej przez lansowanych usilnie celebrytów w rodzaju Cejrowskiego, Wojciechowskiej, czy o zgrozo Beaty Pawlikowskiej – ten typ powierzchownej relacji kompletnie mnie nie pociąga. Czytam o Iranie jeżdżąc po Teheranie metrem, oglądam Angkor Pałkiewicza, dopasowując fotografie do miejsc, w których paliłem papierosy.
Seria podróżnicza Muzy zaskakuje wyborem autorów – są to zazwyczaj debiutanci, młodzi, polscy bezkompromisowi podróżnicy, którzy wprowadzają nową jakość w opisywaniu miejsc, do których dotarli. „Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę” Tony Kososkiego (a właściwie Przemka) sprawiła, że z początkowego stanu niedowierzania, sceptycyzmu i znudzenia, przeistoczyłem się w namiętnego czytelnika. To kubeł zimnej wody, rozżarzona raca wrzucona w tłum, nagłe olśnienie i fascynacja. Tak bezkompromisowej historii drogi nie czytałem jeszcze nigdy, zwłaszcza, że napisał ją chłopak dwudziestotrzyletni, roześmiany dryblas z bródką, szczerzący zęby w rozbrajającym uśmiechu i niezmordowany gawędziarz.


Zaczyna się dosyć konwencjonalnie, jak każda podróż, kiedy trzeba pozałatwiać tysiące spraw, zorganizować sobie życie na najbliższe tygodnie, coś zaplanować i coś postanowić. Przewracam kartki pewny, że odpadnę za następnym rogiem tej żmudnej opowieści, o tym, jak załapać się jako wolontariusz na mistrzostwa świata w piłce nożnej do Brazylii. Tony to facet, który potrafi załatwić wszystko, nie odpuszcza, drąży i prze do przodu, pomimo okoliczności. W końcu mamy go już w Rio, trochę relacjonuje mecze, które udało mu się obejrzeć, ale już widać, że to tylko pretekst, że Tony już się rozpędza, zaczyna się rozpasanie emocjonalne i książka wkracza w fazę rollercoastera. Kososki opisuje wszystko co widzi, co mu się zdarzyło, gdzie poszedł, gdzie spał, co przeżył. Narracja wpada w wir, z którego wyjdziecie z przetrąconą wolą, rozłożycie ręce z grymasem niedowierzania na twarzy, nie będziecie się mogli oderwać od tej przygody.
Po mistrzostwach Tony postanawia pojeździć po Ameryce Południowej, zrealizować swoje marzenia zobaczenia miejsca, o których usłyszał i zapamiętał, ale nie te miejsca stanowią o urodzie tego przekazu. Oczywiście pięknie się czyta o gościnności tubylców, o tym, że ludzie wcale nie są tacy źli i tego typu podobne komunały – to zawsze robi wrażenie na podróżujących, że ludzie zawsze cię ugoszczą i nie pozwolą, żebyś głodował. Z tym w książce Kososkiego mamy do czynienia na każdym kroku i miliony gestów poruszają nasze serca, jak zawsze.


Ja byłem zafascynowany samym autorem, tym niesamowicie otwartym i żądnym wrażeń człowiekiem, który postanowił pchać się w niebezpieczne favele brazylijskie, przemierzać piechotą boliwijskie La Paz, gdzie sam czułem się nieswojo nawet w biały dzień, zatrzymywać stopa w miejscach, gdzie nikt inny nawet o tym nie myślał, bo takie to wydawało się absurdalne. Ile trzeba mieć w sobie żywotności i takiej kosmicznej siły przebicia, żeby znieść te wszystkie niewygody podróżowania praktycznie bez pieniędzy, spanie w lichym namiocie, w bajecznie tanich hotelikach czy u przygodnie spotkanych ludzi. Wszyscy, którzy jeżdżą po świecie wiedzą, że we wspomnieniach zatracają się te wszystkie niewygody, zmęczenie,  zniecierpliwienie, udręka upałów i chłodne noce, te chwile, kiedy się już nie chce jechać kolejną, dziesiąta godzinę zatłoczonym autobusem, choroby, ukąszenia owadów, o których nie śniło się entomologom, bóle brzucha, rozwolnienia, głód i pragnienie i milion kolejnych, nieliterackich sytuacji. A Tony pisze o wszystkim z takim entuzjazmem, że chce się to wszystko przeżyć, chce się tam z nim być, widzieć to wszystko tak zachłannie jak ten młody, zwariowany chłopak.
Wydawca pisze:Przemieszczając się głównie autostopem (którego lokalna forma oznaczała jazdę na pace ze zwierzętami), Tony Kososki zgłębia między innymi realia życia górników w Potosí i typowej boliwijskiej rodziny. Jako przewodnik dociera na największe solnisko świata – Salar de Uyuni, później wyrusza do amazońskiej dżungli, gdzie przypadkiem spotyka szamana i eksperymentuje z ayahuascą. Następnie jedzie nad Jezioro Titicaca, aby przyjrzeć się Indianom żyjącym na wyspach z trzciny. Na trasie podróży nie mogło zabraknąć też Machu Picchu i Świętej Doliny Inków w Andach. Ostatni przystanek to położone w Amazonii Iquitos, do którego dociera łodzią jako członek załogi. Założeniem jego podróży było ograniczenie do minimum kosztów transportu i noclegu. Autor planował spędzić w Ameryce Południowej dwa miesiące, został szesnaście.”

Autora znajdziecie oczywiście na facebooku oraz na blogu Vai lá cara. Obecnie realizuje swoje kolejne marzenie, czyli podróż do Stanów Zjednoczonych, żeby jak pisze: „zagrać za dolara w Las Vegas, zobaczyć Manhattan, spotkać się ze Snoop Dogiem no i dalej dookoła świata …” 
Z pewnością będzie z tego kolejna, rewelacyjna książka.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Kafka.

Jeśli miałbym wskazać pisarza, którego proza zrobiła na mnie największe wrażenie, to bez wahania wskazałbym na Franza Kafkę. Niemiecki Żyd mieszkający w Pradze, chudy, wiotki i przystojny, nieśmiały, grzeczny, skupiony. Zgromadziłem jego książki, dzienniki, listy już dawno – mam wszystko, wszystko również przeczytałem lata temu. Czasem tęsknię. Chciałbym odrzucić to wszystko co spływa do mnie szeroką falą nowości, te współczesne błahostki literackie, kryminały, biografie, reportaże i wrócić do zimnej prozy Franza. Mityczność tej mojej fascynacji jest też powrotem do młodości, kiedy czytało się wyłącznie klasykę, książki, które tkwią we mnie do dziś. Przeglądając blogi o książkach zastanawiam się nad gustami „recenzentów”, zanurzonych w powodzi rzeczy bezwartościowych, zachwycających się mdłymi romansami, bełkotem autorów, lichymi surogatami literackimi.
Szaloną myśl powrotu do prozy Kafki pomógł mi rozwinąć gruby, zielony tom zebranych „Opowieści i przypowieści”, który ukazał się niedawno nakładem PIW-u. Szukając najlepszej opcji zakupu tego zbioru, natrafiłem na niebieską okładkę biografii Franza i lekko skonsternowany, postanowiłem ją również zakupić. Już w drodze z księgarni, trzymając w rękach książkę Klausa Wagenbacha, poczułem dziwaczny niepokój. Książka wydawała mi się znajoma, odnajdywałem w pamięci ten kolor, kształt liter na okładce, znajome wnętrze z fotografiami. Oczywiście, że tak – miałem już tę pozycję w swoich zbiorach – ukazała się w 2006 roku. Wtedy zapewne ją jedynie szybko przerzuciłem, przeczytałem pobieżnie, po łebkach, bo można ją tak potraktować, gdyż jest skromna, łatwa w czytaniu, doskonała dla kogoś, kto dopiero Kafki chce się nauczyć, kto nie wgryzał się w Dzienniki, nie widział na oczy „Listów do Mileny”,  a o Listach do Felicji” tylko słyszał od starszego kolegi.


Napisałem dziesięć lat temu recenzję tej biografii i zachwycony nie byłem. Teraz jestem w stanie troszkę zmienić swoje zdanie, niewiele, ale jednak złagodniałem w ocenie – warto czasem takiego bryka przerzucić w leniwą niedzielę, zamiast ślizgać się po prozie w kolorowych okładkach, na których kwiaty, porcelanowe kobiety o pszenicznych włosach, albo klasyczne dworki ze zwisającym nad kominem napisem: miłość.
A poniżej recenzja sprzed dekady. Wydaje się, że to było wczoraj; czytałem wówczas Listy Witkacego do żony, „Splendor” Nabokova i Simenona


„Franz Kafka” Wydawnictwo Nisza 2006 kosztowało 36 zł. Zapłaciłem za turkusową okładkę na której charakterystyczny napis literami z atramentu czarnego, w stylu słynnych rysunków Kafki. Jaki był pomysł na ta książkę to ja nie wiem, bo średnio fanatyczny miłośnik mógł to napisać bez większego wysiłku, więc może po prostu trzeba było podrzucić kolejną książkę dla wygłodzonych fanów. Czytałem gdzieś, że to biografia od dawna oczekiwana i już widzę, że to zwykły chwyt poniżej pasa wydawców, którym już nikt nie wierzy. Jaki trzeba mieć pomysł na Kafkę, w jaką atmosferę wejść żeby cokolwiek uchwycić? Powielić listę faktów potrafi średnio sprawny rzemieślnik, więc jeśli miała to być kolejna pozycja dla nowicjuszy to po co ja to kupowałem. Dzisiejszy odbiorca Kafki jeśli ma 20 lat, to już interpretuje zupełnie odmiennie to dzieło, zanurzony w świecie który przekręcił się o 180 stopni, tylko nie wiadomo w którą stronę. Znane fakty, pospolite zdjęcia, widokówki starej Pragi i ten turkusowy kolor w czarno-białej rzeczywistości świata Procesu. Bo Kafka jest na pewno czarny jak obcisły garnitur, który nosił, jak noce kiedy pisał, jak cisza, która przewraca każdego, kto chciałby prześlizgnąć się obok. Uroda tej książki nie musi być dysonansem, ale jeśli jej treść jest banalna to właśnie nałożenie się tych cech powoduje, że przestajemy ufać autorowi. I najgorsze co może spotkać czytelnika, czyli ostatnie 30 stron książki, gdzie niczym laurka opinie wielkich tego świata o Kafce, sprowadzające cały ten tomik do jakiejś czytanki dla przypadkowych gości. Więc po co panowie, po co nam to wrzuciliście do ogródka, po co w to upalne lato sprawiacie zawód nielicznym fanatykom?

Kupowanie książek to przyjemność z którą mało co można porównać – samo czytanie często rozczarowuje, denerwuje i potrafimy jak Żeromski odrzucić daleko w zboże Dostojewskiego. Kupowanie Kafki, kupowanie o Kafce, kupowanie obietnicy Kafki może zrekompensować to, co stanie się później, czego wszystkim serdecznie życzę.

sobota, 18 czerwca 2016

Z zimną krwią.

W listopadzie 1959 roku, Truman Capote przeczytał w gazecie informację, o zamordowaniu Herberta Cluttera, jego zony Bonnie, oraz dwojga ich dzieci, szesnastoletniej Nancy i piętnastoletniego Kenyona. Zbrodnia bez wyraźnego motywu, uświadomiła mu, że znalazł wreszcie temat tchnący świeżością, z którym chciałby się zmierzyć, i który miał mu przynieść sławę, pieniądze, oraz miano jednego z największych pisarzy. Kiedy przyszedł do redakcji New Yorkera, wyciągając wycinek z prasy i komunikując, że zamierza napisać reportaż z miasteczka Holcomb, gdzie dokonano tej straszliwej zbrodni, nie znano jeszcze sprawców, a co więcej, nie zanosiło się wcale, że mordercy zostaną odnalezieni.



Naładowany entuzjazmem Truman, pojechał na miejsce zbrodni, wraz ze swoją przyjaciółką z dzieciństwa, Harper Lee, która akurat skończyła pisać „Zabić drozda”. Capote swoim wrodzonym wdziękiem osobistym, zyskał przychylność miejscowej społeczności oraz prowadzącego śledztwo Alvina Deweya, co ułatwiło mu pracę nad reportażem. Aresztowanie morderców zasadniczo odmieniło plany autora – z krótkiej opowieści o reakcjach społeczności małego miasteczka na przerażającą zbrodnię, przekształciła się w książkę, porównywaną do tragedii greckiej, gdzie na plan pierwszy wydostają się siły, których istnienia nie da się przewidzieć, w dramat o przeznaczeniu.
Czytałem „Z zimną krwią” w drodze, w jasnym słońcu odbijanym od lśniących zielenią łąk, walcząc z przypisaną podróży sennością, którą przecież tak łatwo zwalczyć, zamykając na chwilę oczy. Lektura jest równie zimna jak motywy zabójców; Capote prowadzi nas powoli, wpycha w świat ofiar, każąc nam poznać dokładnie wszystkie szczegóły z ich życia, z ostatnich godzin, posiłków, rozmów, spotkań. Fatum wisi nad szczęśliwą rodziną od dawna, od momentu, kiedy Dick Hickock usłyszał opowieść o bogatym farmerze, który trzyma w swoim domu sejf wypełniony pieniędzmi. Razem z Perrym Smithem, cierpiącym na nieustanne bóle nóg, pół Indianinem, wyruszają kilkaset kilometrów w drogę, żeby zabić i obrabować.


W większości przypadków zbrodnie z wyrachowaniem, popełniają osoby o określonych cechach psychicznych, pozbawione empatii osobniki o trudnym dzieciństwie i z jakąś dziwną skazą, być może wynikłą z urazu w wypadku (obaj mordercy odnieśli takie urazy). Przerażające jest to, że mordowali właśnie „z zimną krwią”, bezdusznie, z wyrachowaniem, bez żadnych „efektów ubocznych”, w postaci skrupułów, wyrzutów sumienia, itp. Mordercy, z którymi Truman nieomal się zaprzyjaźnił, uzyskując dostęp do ich cel śmierci dzięki wysokiej łapówce, wręczonej prominentnemu politykowi, do dnia swojej śmierci obawiali się w jakim świetle Capote przedstawi ich motywy. Nie chcieli zostać postrzegani jako psychopatyczni mordercy, więc autor kłamał, nie zdradzając swoich zamiarów. Kiedy jednak odkryli jaki tytuł będzie miała książka, nie kryli rozżalenia.
Pierwotny entuzjazm dla książki, przerodził się wreszcie w frustrację autora – nie mógł jej skończyć dopóki żyli bohaterowie – uśmiercenie rodziny Clutterów, opisane tak sugestywnie i beznamiętnie, musiało czekać na powieszenie sprawców. Zawieszenie (nomen omen) trwało latami przez liczne odwołania, przeciągające wycieczkę na szubienicę. Dzieło życia pozostawało schowane w sejfie – należało tylko dopisać kilkadziesiąt stron zakończenia. Czytając, dostrzegamy ten rozdźwięk – nagle powieść zatrzymuje się, niejako wyczekując co będzie dalej. Truman „zaprzyjaźniony” z mordercami przeżywał katusze – z jednej strony pragnął skończyć książkę, ale to wiązało się z egzekucją dwóch facetów, których nawet polubił.



Kiedy ich wreszcie powieszono, 14 kwietnia 1965 roku, nagle mógł uwolnić się od tych wszystkich napięć, towarzyszących mu przez ostatnie miesiące. Napisał: „…czuję się osierocony, ale i wdzięczny. Nigdy więcej!”. Ta opowieść o morderstwie, której finał przecież dobrze znamy, trzyma w napięciu od pierwszych stron – narkotycznie przykuwa uwagę i wywołuje niepokój graniczący z paniką. Śmierć niewinnych ludzi, narysowana w sposób beznamiętny, pokazuje czytelnikowi, że wszystko może się zdarzyć nawet w jego uporządkowanym życiu, że nic nie jest dane raz na zawsze, a przeznaczenie i los, czyhają na każdego, niezależnie od tego, czy jest dobry czy zły.