Odwiedziny.

sobota, 13 sierpnia 2016

Oona i Salinger.

Beigbeder jest z pewnością w gronie kilku pisarzy, których książki będę kupował w ciemno, niezależnie od tego co piszą krytycy, blogerzy od durnych stosików, czy inni mądrale. Większość z tych wyjątkowych autorów, odznacza się  specyficznym stylem, mieszanką egotyzmu, ironii oraz sarkastycznego podejścia do świata. Na pewno do tej grupy nie zaliczę Salingera.
Oona i Salinger” jest wyznaniem miłości. Napisana dla Lary Micheli, którą Beigbeder poślubił w 2014 roku, a której podobieństwo do tytułowej Oony O’Neill jest uderzające, miesza współczesność, z odległą o siedemdziesiąt lat historyjką romansu młodego Salingera z nieletnią celebrytką. Zamiast czytania od początku, sugeruję rozpocząć przygodę z Ooną i Salingerem, od rozdziału ostatniego, kiedy to podstarzały lowelas, czyli brodaty Frederic, poznaje młodziutką Larę ( cóż za piękne imię, wyjęte z Doktora Żywago, niczym błyszczące, czerwone jabłko z koszyka Czerwonego Kapturka). W życiu zdarzają się niezmiernie rzadko, a niektórym niestety wcale, takie chwile olśnienia, kiedy splot okoliczności, sytuacje, timing, zapachy, muzyka, towarzystwo, pogoda – wszystko to zgrywa się razem w magiczną chwilę, która może trwać sekundę, a jeśli przeniesie się płynnie w kilka godzin, czasem jeden dzień (nigdy dłużej), to zostaje w pamięci do samego końca. Tak właśnie B. poznał Larę a Salinger Oonę.


Autor wymyślił okoliczności romansu, wymyślił listy pisane przez oboje, choć one istnieją w archiwach Chaplinów (Oona została żoną Charliego i urodziła mu ośmioro dzieci). Te autentyczne listy i tak nie mogłyby zostać wydrukowane, gdyż istnieje całkowity zakaz publikacji czegokolwiek, co ma związek z Salingerem – oczywiście oprócz tego, co ukazało się za jego życia, ale B. nie dostał zgody nawet na zapoznanie się z nimi. Więc je sobie wymyślił i skonstruował przewrotną książkę, gdzie fakty mieszają się z fikcją (co ma już swoją nazwę: faction; albo posiłkując się Trumanem Capote i jego „Z zimną krwią” można coś takiego nazwać: non-fiction).


Romans pięknej, nieletniej Oony i dryblasa Jerrego nie trwał długo. Salinger zafascynowany jej urodą i wdziękiem, umawiał się z nią na randki, które Frederic opisuje sugestywnie, łącznie z nieskonsumowanymi nocami. Ta historia krótkiego romansu, błysku, który na oboje miał jakiś wpływ, choć na Salingera zapewne większy, co niektórzy znajdują w „Buszującym w zbożu”, więc ta historia rozlewa się potem na opisywaną przez B. wojenną udrękę Jerrego, która ukształtowała go ostatecznie, ale przecież i okaleczyła. Francuz Beigbeder raczy nas faktami i opisami z lądowania w Normandii, nie szczędzi szczegółów, ale Oona jest już w rękach starego Chaplina – ożeni się z nią kiedy tylko dziewczynka ukończy osiemnaście lat.
Beigbeder potrafi mnie rozśmieszyć, potrafi też celnie uderzyć. Lubię jego dygresje oraz liczne smaczki, kiedy np. pisze: „nagle zacząłem się wysławiać jak Patrick Modiano”, albo „Amerykanie zawsze krzyczą, zwłaszcza gdy im dolać wody do burbona z lodem”, a o dyrektorze Stork Clubu, gdzie balowała piętnastoletnia Oona wspomina, że „był snobem jak bidet w hotelu Waldorf Astoria”. Jednocześnie ten snob i znawca literatury potrafi drwić z siebie, bywa autoironiczny i sarkastyczny. Ten zblazowany koneser, rozprawia się ze współczesnością, której chce dorównać i którą tak pogardza, pisząc o „baranach, które nie chcą być baranami, lecz mimo wszystko skubią trawę, śniąc, że nie należą do stada, krótko mówiąc klienci Freuda, Buddy, Fashion TV i Facebooka.”


Właściwie najbardziej fascynujące są w tej książce początek i koniec: na początku pojawia się Truman Capote a na końcu Lara. Dostajemy też garść ciekawostek, zawsze łakomi plotek i sensacyjek, kto z kim i gdzie; a więc proszę, wybrałem tę, gdzie występuję mój ulubiony malarz oraz piosenkarz: „W następnym roku malarz Balthus zaprosił Oonę do Rossiniere, by przedstawić jej Davida Bowiego, który nagrywał płytę w Montreux.”

B. jako klasyczny amant, uwodziciel a przy tym inteligentny przyjaciel Houellebecqa, napisał książkę o miłości niespełnionej, która zainspirowała miłość jego życia. Czyli generalnie zawsze chodzi o miłość, o czym niektórzy zapominają i w ten sposób zaprzepaszczają swoje życie. Oona była dla Salingera niespełnionym marzeniem, choć znając jego charakter, gdyby się z nią ożenił, nie byłoby pretekstu do napisania ani tej książki, ani nawet „Buszującego w zbożu”. Więc może niespełniona miłość jest lepsza? 

sobota, 9 lipca 2016

Motyle Nabokova

To oczywiście książka dla snobów i miłośników twórczości autora „Lolity”. Proponuję rozpocząć podróż od pięciu pism lepidopterologicznych, które moszczą się na samym końcu książki i noszą wielce perwersyjne tytuły, takie jak: „Samica Lycaeides sublivens Nab” lub też „Zbieranie motyli w Wyoming, 1952”. Nabokov w latach czterdziestych przez kilka lat pracował na Harvardzie jako entomolog w Muzeum Zoologii Porównawczej, ale prawdziwe początki fascynacji motylami sięgają jego dzieciństwa w rajskiej Rosji przedrewolucyjnej, kiedy to matka pomogła przyszłemu pisarzowi oporządzić pierwszego pazia i pierwszego zawisaka, a kolekcja przyszpilonych motyli ojca, wzbudzała w nim niejasną tęsknotę. Kilka atlasów motyli, które stoją u mnie na najniższej półce, między innymi lekko przykurzona Encyklopedia „Motyle” Paula Smarta, to efekt młodzieńczej i bezwarunkowej miłości do prozy Nabokova, podobnie jak popularne kiedyś kolekcje zasuszonych owadów, w kolorowych i egzotycznych barwach wiszące w  ramkach na ścianie.


Poetycko opisane motyle zyskują zupełnie inną rangę i czyta się naukową prozę Nabokova jak liryczny poemat z dziwnego świata entomologii. Czerwony motyl na okładce daje złudzenie, że oto dostaniemy coś w stylu grubej księgi pod tytułem „Motyle Nabokova”, w której Boyd, Pyle oraz syn Dmitrij Nabokov, zgromadzili wszystko to, co autor „Ady” zdołał napisać o motylach przez całe swoje życie, od fragmentów listów, po kawałki z wszystkich swoich książek, w których przecież aż roi się od błyskających skrzydeł.
A jednak to nie jest książka o motylach Nabokova. Dostajemy zbiór polemiczny, w formie odpowiedzi Nabokova na liczne artykuły czy wywiady, które o nim publikowano. I jest to naprawdę smaczne danie zwłaszcza dla fanatyków twórczości Rosjanina – zebrane wywiady pozwalają odszukać wszystkie te bufoniaste, ale przecież jakże typowe dla Nabokova stwierdzenia, którymi tak łatwo się zachwycamy. Jednocześnie forma tych wywiadów wymusza pewną sztuczność, ponieważ wiemy, co autor nam niezwłocznie zdradza, że bardzo rzadko można było go nakłonić do odpowiedzi na pytania zadawane bezpośrednio – cyzelowane wypowiedzi były wcześniej spisane i przekazywane redakcjom lub dziennikarzom. Czyta się to ze smakiem dostrzegając ironię, dowcip i samouwielbienie mistrza prozy.


Nabokov na pytanie dlaczego nie ma własnego domu, odpowiada, że trudno jest odtworzyć warunki dzieciństwa – nigdy nic nie dorówna wspomnieniom, więc po co kłopotać się namiastkami. Na pytanie dziennikarza Playboya czy wierzy w Boga odpowiada błyskotliwie, w swoim stylu i polecam to sobie zanotować, żeby kiedyś błysnąć w towarzystwie i wywołać zdumienie jakiejś blond piękności: „Żeby być całkowicie szczerym, powiem coś, czego jeszcze nigdy nie mówiłem, i co, mam nadzieję, wzbudza trzeźwiący dreszczyk, a mianowicie że wiem więcej, niźli potrafię wyrazić słowami, a ta odrobina, którą potrafię wyrazić, nie byłaby wyrażona, gdybym nie wiedział więcej.”
Oczywiście Nabokov tutaj również powtarza znane swoje awersje do pewnego rodzaju literatury, pisząc o Faulknerze jako twórcy kukurydzianych kronik, o Pasternaku, że jego „Doktor Żywago” jest paskudnie napisany, a Mann stworzył głupkowatą „Śmierć w Wenecji.” Wielkie książki kreowane przez dziennikarzy czy krytyków, przypominają mu czasem jakieś absurdalne złudzenie – jak gdyby ofiara hipnozy uprawiała miłość z krzesłem – to zapewne aluzja do wyśmiewanego na każdym kroku konowała Freuda.  Nabokov szacunkiem darzy niewielu: spotkanego osobiście Joycea, rzecz jasna Kafkę z jego „Przemianą” oraz pierwszą połowę „W poszukiwaniu straconego czasu”. Chwaląc Joycea nie waha się napisać o „Finneganów trenie”, że jest mętną i bezkształtną masa fałszywego folkloru. O aforyzmach mówi, że są przejawem sklerozy, a o dobrych książkach jako czymś subiektywnym i trudnym – sztuka powinna być trudna, także dla czytelnika.
W tych wywiadach, artykułach, sprostowaniach przebijają się czasem smakołyki, bezcenne dla fanatyków twórczości Nabokova, jak np. ten fragment, kiedy przedstawia on swoje drzewo rodowe i czytając o przodkach, natykamy się na kawałek, gdzie pojawia się gruby Bolek III, książę śląski, umiejscowiony w rodzinie pisarza.


Smaczki, właśnie takie bezlitosne smakołyki, wyzierające dla uważnego czytelnika z każdej strony, stanowią sól tej zbieraniny wywiadów i artykułów. Nabokov się powtarza, puszy i wymądrza, ale jakże to jest rozkoszne, jaki to jest miód dla wszelkiego rodzaju snobów literackich. Baron Charlus Prousta zdaje się być najlepszym partnerem tych wypowiedzi, ten proustowski wymysł rozumiałby pisarza w każdym calu.

Własnym zdaniem” to kompilacja lekko chaotyczna i raczej przeznaczona dla znawców twórczości Nabokova, a nie tylko tych, którzy słyszeli o „Lolicie”, przeczytali „Pnina”, a ugrzęźli w „Adzie”. Jeśli pierwsze zdanie Przedmowy wyda ci się skandaliczne („Myślę jak geniusz, pisze jak najlepszy stylista, ale mówię jak dziecko”) to nie masz czego szukać dalej; ale jeśli znasz „Maszeńkę” i „Zaproszenie na egzekucję” to poczujesz się tu jak u siebie w domu.

piątek, 1 lipca 2016

"Vai lá cara" czyli dawaj ziomek.

Kiedy dostaję książkę podróżniczą do zrecenzowania, raczej nie odmawiam. Jednocześnie w księgarniach, przebierając w dziale z tego typu literaturą, choć kusi mnie czytanie o dalekich krajach, których jeszcze nie odwiedziłem, zazwyczaj odkładam ze smutkiem te wszystkie relacje z przemierzania motorem świata, rowerem Azji, czy piechotą Europy. Nawet czytając klasyków typu Paul Theroux, Colin Thubron czy choćby Terzani, staram się wybierać pozycje, które odnoszą się do miejsc, gdzie udało mi się przebywać. Nie daję się skusić literaturze uprawianej przez lansowanych usilnie celebrytów w rodzaju Cejrowskiego, Wojciechowskiej, czy o zgrozo Beaty Pawlikowskiej – ten typ powierzchownej relacji kompletnie mnie nie pociąga. Czytam o Iranie jeżdżąc po Teheranie metrem, oglądam Angkor Pałkiewicza, dopasowując fotografie do miejsc, w których paliłem papierosy.
Seria podróżnicza Muzy zaskakuje wyborem autorów – są to zazwyczaj debiutanci, młodzi, polscy bezkompromisowi podróżnicy, którzy wprowadzają nową jakość w opisywaniu miejsc, do których dotarli. „Nie każdy Brazylijczyk tańczy sambę” Tony Kososkiego (a właściwie Przemka) sprawiła, że z początkowego stanu niedowierzania, sceptycyzmu i znudzenia, przeistoczyłem się w namiętnego czytelnika. To kubeł zimnej wody, rozżarzona raca wrzucona w tłum, nagłe olśnienie i fascynacja. Tak bezkompromisowej historii drogi nie czytałem jeszcze nigdy, zwłaszcza, że napisał ją chłopak dwudziestotrzyletni, roześmiany dryblas z bródką, szczerzący zęby w rozbrajającym uśmiechu i niezmordowany gawędziarz.


Zaczyna się dosyć konwencjonalnie, jak każda podróż, kiedy trzeba pozałatwiać tysiące spraw, zorganizować sobie życie na najbliższe tygodnie, coś zaplanować i coś postanowić. Przewracam kartki pewny, że odpadnę za następnym rogiem tej żmudnej opowieści, o tym, jak załapać się jako wolontariusz na mistrzostwa świata w piłce nożnej do Brazylii. Tony to facet, który potrafi załatwić wszystko, nie odpuszcza, drąży i prze do przodu, pomimo okoliczności. W końcu mamy go już w Rio, trochę relacjonuje mecze, które udało mu się obejrzeć, ale już widać, że to tylko pretekst, że Tony już się rozpędza, zaczyna się rozpasanie emocjonalne i książka wkracza w fazę rollercoastera. Kososki opisuje wszystko co widzi, co mu się zdarzyło, gdzie poszedł, gdzie spał, co przeżył. Narracja wpada w wir, z którego wyjdziecie z przetrąconą wolą, rozłożycie ręce z grymasem niedowierzania na twarzy, nie będziecie się mogli oderwać od tej przygody.
Po mistrzostwach Tony postanawia pojeździć po Ameryce Południowej, zrealizować swoje marzenia zobaczenia miejsca, o których usłyszał i zapamiętał, ale nie te miejsca stanowią o urodzie tego przekazu. Oczywiście pięknie się czyta o gościnności tubylców, o tym, że ludzie wcale nie są tacy źli i tego typu podobne komunały – to zawsze robi wrażenie na podróżujących, że ludzie zawsze cię ugoszczą i nie pozwolą, żebyś głodował. Z tym w książce Kososkiego mamy do czynienia na każdym kroku i miliony gestów poruszają nasze serca, jak zawsze.


Ja byłem zafascynowany samym autorem, tym niesamowicie otwartym i żądnym wrażeń człowiekiem, który postanowił pchać się w niebezpieczne favele brazylijskie, przemierzać piechotą boliwijskie La Paz, gdzie sam czułem się nieswojo nawet w biały dzień, zatrzymywać stopa w miejscach, gdzie nikt inny nawet o tym nie myślał, bo takie to wydawało się absurdalne. Ile trzeba mieć w sobie żywotności i takiej kosmicznej siły przebicia, żeby znieść te wszystkie niewygody podróżowania praktycznie bez pieniędzy, spanie w lichym namiocie, w bajecznie tanich hotelikach czy u przygodnie spotkanych ludzi. Wszyscy, którzy jeżdżą po świecie wiedzą, że we wspomnieniach zatracają się te wszystkie niewygody, zmęczenie,  zniecierpliwienie, udręka upałów i chłodne noce, te chwile, kiedy się już nie chce jechać kolejną, dziesiąta godzinę zatłoczonym autobusem, choroby, ukąszenia owadów, o których nie śniło się entomologom, bóle brzucha, rozwolnienia, głód i pragnienie i milion kolejnych, nieliterackich sytuacji. A Tony pisze o wszystkim z takim entuzjazmem, że chce się to wszystko przeżyć, chce się tam z nim być, widzieć to wszystko tak zachłannie jak ten młody, zwariowany chłopak.
Wydawca pisze:Przemieszczając się głównie autostopem (którego lokalna forma oznaczała jazdę na pace ze zwierzętami), Tony Kososki zgłębia między innymi realia życia górników w Potosí i typowej boliwijskiej rodziny. Jako przewodnik dociera na największe solnisko świata – Salar de Uyuni, później wyrusza do amazońskiej dżungli, gdzie przypadkiem spotyka szamana i eksperymentuje z ayahuascą. Następnie jedzie nad Jezioro Titicaca, aby przyjrzeć się Indianom żyjącym na wyspach z trzciny. Na trasie podróży nie mogło zabraknąć też Machu Picchu i Świętej Doliny Inków w Andach. Ostatni przystanek to położone w Amazonii Iquitos, do którego dociera łodzią jako członek załogi. Założeniem jego podróży było ograniczenie do minimum kosztów transportu i noclegu. Autor planował spędzić w Ameryce Południowej dwa miesiące, został szesnaście.”

Autora znajdziecie oczywiście na facebooku oraz na blogu Vai lá cara. Obecnie realizuje swoje kolejne marzenie, czyli podróż do Stanów Zjednoczonych, żeby jak pisze: „zagrać za dolara w Las Vegas, zobaczyć Manhattan, spotkać się ze Snoop Dogiem no i dalej dookoła świata …” 
Z pewnością będzie z tego kolejna, rewelacyjna książka.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Kafka.

Jeśli miałbym wskazać pisarza, którego proza zrobiła na mnie największe wrażenie, to bez wahania wskazałbym na Franza Kafkę. Niemiecki Żyd mieszkający w Pradze, chudy, wiotki i przystojny, nieśmiały, grzeczny, skupiony. Zgromadziłem jego książki, dzienniki, listy już dawno – mam wszystko, wszystko również przeczytałem lata temu. Czasem tęsknię. Chciałbym odrzucić to wszystko co spływa do mnie szeroką falą nowości, te współczesne błahostki literackie, kryminały, biografie, reportaże i wrócić do zimnej prozy Franza. Mityczność tej mojej fascynacji jest też powrotem do młodości, kiedy czytało się wyłącznie klasykę, książki, które tkwią we mnie do dziś. Przeglądając blogi o książkach zastanawiam się nad gustami „recenzentów”, zanurzonych w powodzi rzeczy bezwartościowych, zachwycających się mdłymi romansami, bełkotem autorów, lichymi surogatami literackimi.
Szaloną myśl powrotu do prozy Kafki pomógł mi rozwinąć gruby, zielony tom zebranych „Opowieści i przypowieści”, który ukazał się niedawno nakładem PIW-u. Szukając najlepszej opcji zakupu tego zbioru, natrafiłem na niebieską okładkę biografii Franza i lekko skonsternowany, postanowiłem ją również zakupić. Już w drodze z księgarni, trzymając w rękach książkę Klausa Wagenbacha, poczułem dziwaczny niepokój. Książka wydawała mi się znajoma, odnajdywałem w pamięci ten kolor, kształt liter na okładce, znajome wnętrze z fotografiami. Oczywiście, że tak – miałem już tę pozycję w swoich zbiorach – ukazała się w 2006 roku. Wtedy zapewne ją jedynie szybko przerzuciłem, przeczytałem pobieżnie, po łebkach, bo można ją tak potraktować, gdyż jest skromna, łatwa w czytaniu, doskonała dla kogoś, kto dopiero Kafki chce się nauczyć, kto nie wgryzał się w Dzienniki, nie widział na oczy „Listów do Mileny”,  a o Listach do Felicji” tylko słyszał od starszego kolegi.


Napisałem dziesięć lat temu recenzję tej biografii i zachwycony nie byłem. Teraz jestem w stanie troszkę zmienić swoje zdanie, niewiele, ale jednak złagodniałem w ocenie – warto czasem takiego bryka przerzucić w leniwą niedzielę, zamiast ślizgać się po prozie w kolorowych okładkach, na których kwiaty, porcelanowe kobiety o pszenicznych włosach, albo klasyczne dworki ze zwisającym nad kominem napisem: miłość.
A poniżej recenzja sprzed dekady. Wydaje się, że to było wczoraj; czytałem wówczas Listy Witkacego do żony, „Splendor” Nabokova i Simenona


„Franz Kafka” Wydawnictwo Nisza 2006 kosztowało 36 zł. Zapłaciłem za turkusową okładkę na której charakterystyczny napis literami z atramentu czarnego, w stylu słynnych rysunków Kafki. Jaki był pomysł na ta książkę to ja nie wiem, bo średnio fanatyczny miłośnik mógł to napisać bez większego wysiłku, więc może po prostu trzeba było podrzucić kolejną książkę dla wygłodzonych fanów. Czytałem gdzieś, że to biografia od dawna oczekiwana i już widzę, że to zwykły chwyt poniżej pasa wydawców, którym już nikt nie wierzy. Jaki trzeba mieć pomysł na Kafkę, w jaką atmosferę wejść żeby cokolwiek uchwycić? Powielić listę faktów potrafi średnio sprawny rzemieślnik, więc jeśli miała to być kolejna pozycja dla nowicjuszy to po co ja to kupowałem. Dzisiejszy odbiorca Kafki jeśli ma 20 lat, to już interpretuje zupełnie odmiennie to dzieło, zanurzony w świecie który przekręcił się o 180 stopni, tylko nie wiadomo w którą stronę. Znane fakty, pospolite zdjęcia, widokówki starej Pragi i ten turkusowy kolor w czarno-białej rzeczywistości świata Procesu. Bo Kafka jest na pewno czarny jak obcisły garnitur, który nosił, jak noce kiedy pisał, jak cisza, która przewraca każdego, kto chciałby prześlizgnąć się obok. Uroda tej książki nie musi być dysonansem, ale jeśli jej treść jest banalna to właśnie nałożenie się tych cech powoduje, że przestajemy ufać autorowi. I najgorsze co może spotkać czytelnika, czyli ostatnie 30 stron książki, gdzie niczym laurka opinie wielkich tego świata o Kafce, sprowadzające cały ten tomik do jakiejś czytanki dla przypadkowych gości. Więc po co panowie, po co nam to wrzuciliście do ogródka, po co w to upalne lato sprawiacie zawód nielicznym fanatykom?

Kupowanie książek to przyjemność z którą mało co można porównać – samo czytanie często rozczarowuje, denerwuje i potrafimy jak Żeromski odrzucić daleko w zboże Dostojewskiego. Kupowanie Kafki, kupowanie o Kafce, kupowanie obietnicy Kafki może zrekompensować to, co stanie się później, czego wszystkim serdecznie życzę.

sobota, 18 czerwca 2016

Z zimną krwią.

W listopadzie 1959 roku, Truman Capote przeczytał w gazecie informację, o zamordowaniu Herberta Cluttera, jego zony Bonnie, oraz dwojga ich dzieci, szesnastoletniej Nancy i piętnastoletniego Kenyona. Zbrodnia bez wyraźnego motywu, uświadomiła mu, że znalazł wreszcie temat tchnący świeżością, z którym chciałby się zmierzyć, i który miał mu przynieść sławę, pieniądze, oraz miano jednego z największych pisarzy. Kiedy przyszedł do redakcji New Yorkera, wyciągając wycinek z prasy i komunikując, że zamierza napisać reportaż z miasteczka Holcomb, gdzie dokonano tej straszliwej zbrodni, nie znano jeszcze sprawców, a co więcej, nie zanosiło się wcale, że mordercy zostaną odnalezieni.



Naładowany entuzjazmem Truman, pojechał na miejsce zbrodni, wraz ze swoją przyjaciółką z dzieciństwa, Harper Lee, która akurat skończyła pisać „Zabić drozda”. Capote swoim wrodzonym wdziękiem osobistym, zyskał przychylność miejscowej społeczności oraz prowadzącego śledztwo Alvina Deweya, co ułatwiło mu pracę nad reportażem. Aresztowanie morderców zasadniczo odmieniło plany autora – z krótkiej opowieści o reakcjach społeczności małego miasteczka na przerażającą zbrodnię, przekształciła się w książkę, porównywaną do tragedii greckiej, gdzie na plan pierwszy wydostają się siły, których istnienia nie da się przewidzieć, w dramat o przeznaczeniu.
Czytałem „Z zimną krwią” w drodze, w jasnym słońcu odbijanym od lśniących zielenią łąk, walcząc z przypisaną podróży sennością, którą przecież tak łatwo zwalczyć, zamykając na chwilę oczy. Lektura jest równie zimna jak motywy zabójców; Capote prowadzi nas powoli, wpycha w świat ofiar, każąc nam poznać dokładnie wszystkie szczegóły z ich życia, z ostatnich godzin, posiłków, rozmów, spotkań. Fatum wisi nad szczęśliwą rodziną od dawna, od momentu, kiedy Dick Hickock usłyszał opowieść o bogatym farmerze, który trzyma w swoim domu sejf wypełniony pieniędzmi. Razem z Perrym Smithem, cierpiącym na nieustanne bóle nóg, pół Indianinem, wyruszają kilkaset kilometrów w drogę, żeby zabić i obrabować.


W większości przypadków zbrodnie z wyrachowaniem, popełniają osoby o określonych cechach psychicznych, pozbawione empatii osobniki o trudnym dzieciństwie i z jakąś dziwną skazą, być może wynikłą z urazu w wypadku (obaj mordercy odnieśli takie urazy). Przerażające jest to, że mordowali właśnie „z zimną krwią”, bezdusznie, z wyrachowaniem, bez żadnych „efektów ubocznych”, w postaci skrupułów, wyrzutów sumienia, itp. Mordercy, z którymi Truman nieomal się zaprzyjaźnił, uzyskując dostęp do ich cel śmierci dzięki wysokiej łapówce, wręczonej prominentnemu politykowi, do dnia swojej śmierci obawiali się w jakim świetle Capote przedstawi ich motywy. Nie chcieli zostać postrzegani jako psychopatyczni mordercy, więc autor kłamał, nie zdradzając swoich zamiarów. Kiedy jednak odkryli jaki tytuł będzie miała książka, nie kryli rozżalenia.
Pierwotny entuzjazm dla książki, przerodził się wreszcie w frustrację autora – nie mógł jej skończyć dopóki żyli bohaterowie – uśmiercenie rodziny Clutterów, opisane tak sugestywnie i beznamiętnie, musiało czekać na powieszenie sprawców. Zawieszenie (nomen omen) trwało latami przez liczne odwołania, przeciągające wycieczkę na szubienicę. Dzieło życia pozostawało schowane w sejfie – należało tylko dopisać kilkadziesiąt stron zakończenia. Czytając, dostrzegamy ten rozdźwięk – nagle powieść zatrzymuje się, niejako wyczekując co będzie dalej. Truman „zaprzyjaźniony” z mordercami przeżywał katusze – z jednej strony pragnął skończyć książkę, ale to wiązało się z egzekucją dwóch facetów, których nawet polubił.



Kiedy ich wreszcie powieszono, 14 kwietnia 1965 roku, nagle mógł uwolnić się od tych wszystkich napięć, towarzyszących mu przez ostatnie miesiące. Napisał: „…czuję się osierocony, ale i wdzięczny. Nigdy więcej!”. Ta opowieść o morderstwie, której finał przecież dobrze znamy, trzyma w napięciu od pierwszych stron – narkotycznie przykuwa uwagę i wywołuje niepokój graniczący z paniką. Śmierć niewinnych ludzi, narysowana w sposób beznamiętny, pokazuje czytelnikowi, że wszystko może się zdarzyć nawet w jego uporządkowanym życiu, że nic nie jest dane raz na zawsze, a przeznaczenie i los, czyhają na każdego, niezależnie od tego, czy jest dobry czy zły.

niedziela, 29 maja 2016

Pieszo do irańskich nomadów.

Podróż do Iranu wzbudza u większości odruchowe reakcje niedowierzania i obawę o bezpieczeństwo. Niby wszyscy wiedzą, że Iran to nie Irak, że różnica jednej literki na końcu, powodować powinna otrzeźwienie, ale bliskość najbardziej zapalnego miejsca na ziemi, świadomość wyjazdu do państwa religijnego, amerykańskie sankcje, nienawiść do Izraela i wspieranie palestyńskiego terroryzmu wymuszają stereotypowe wrażenia. A tymczasem to jeden z najbardziej ostatnio modnych wśród polskich podróżników kierunków o czym mogłem się przekonać osobiście, napotykając w swojej podróży licznych rodaków, których mowa  stanowiła chyba najczęściej spotykany język w tej perskiej krainie.


Łukasz Supergan postanowił zrobić coś niekonwencjonalnego w swojej już drugiej wizycie w tym kraju, czyli przejść pieszo masyw górski Zagros, od Tebrizu do Bandar Abbas nad Zatoką Perską. Ponad dwa miesiące trudnej wędrówki przez krainy, gdzie turyści zaglądają rzadko. W Iranie zagraniczny gość jest ewenementem i nawet w Teheranie pojawienie się „białego” bywa sensacją, a co dopiero w odludnych wioskach pustynnych gór.
Supergan ma nie tylko oryginalne nazwisko, ale także przekonanie, że podróżowanie i wymyślanie oryginalnych tras, stanowi dla niego sens życia. Zaliczył już kilka takich wypraw, jak przejście pieszo z Warszawy do Santiago de Compostela, czy przejście łuku Karpat czy grani Pirenejów. Tym razem padło na Iran i pomysł zmierzenia się z pustynią i górami Zagros. Trudności formalne, jak np. zdobycie wizy nie są może zbyt wygórowane, ale sam przekonałem się o tym jak funkcjonuje biurokratyczna machina w tej islamskiej republice, kiedy nie udało mi się zdobyć promesy wizy dwa lata temu.


Czytając relacje Supergana otrzymywałem na każdej niemal stronie potwierdzenie własnych wrażeń z podróży po Iranie. Jest to najbardziej przyjazny kraj spośród wszystkich dotąd odwiedzanych, a dzieje się tak dzięki niesamowitej wręcz gościnności mieszkańców. Autor niejednokrotnie opisuje bezinteresowną pomoc, jakiej doświadczał podczas wędrówki: na porządku dziennym było zapraszanie na nocleg, częstowanie jedzeniem, pozdrawianie w drodze, serdeczność spotykanych ludzi a nade wszystko ich ciekawość świata. Cenzura państwa islamskiego ogranicza dostępność do serwisów informacyjnych (działa TVN 24) i społecznościowych (Facebook zablokowany, ale Instagram już nie), a telewizja serwuje głownie programy religijne i telenowele, stąd przybysz z Zachodu jest źródłem wiedzy o tym jak żyje się gdzie indziej. Jednocześnie widać jak te ograniczenia złoszczą mieszkańców i jak bardzo, szczególnie młode pokolenie, chciałby się wyrwać spod władzy tego reżimu.
Autor skupił się na opisywaniu szczegółowo swojej wędrówki - posługując się starymi mapami sowieckimi oraz wskazówkami tubylców mozolnie przedzierał się przez masyw Zagrosu, który może nie jest szczególnie wymagający, ale pustynność terenu wymusza troskę o wodę czy pożywienie. Spodziewając się pustki Supergan notuje pewne rozczarowanie, że są to tereny zamieszkałe, gdzie ludzie od dawna gospodarują – 2300 kilometrów to spotkania z ludami Kurdów, Bachtiarami, Lurami, czy Azerami. Początkowe kontakty z tubylcami, tak budujące i przyjemne, w końcu nużą autora, „narażonego” na nieustanne zaczepiania, wypytywania i oferty podwiezienia – jest dla miejscowych atrakcją niecodzienną, ale jak długo można wciąż tłumaczyć nie znającym języka ludziom, dokąd idzie i dlaczego. Irańczycy uwielbiają się fotografować, nie jeden raz, po wizycie na falafelu w lokalnym barze, ich właściciel zwoływał pracowników, żeby sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie a fotografowanie się z przechodniami to już zwyczajowa tradycja.



Z książki dowiadujemy się naprawdę dużo o tym wielkim kraju, ponieważ autor ma talent do opisywania szczegółów. Pamiętam jak zwróciłem uwagę na niewygodę kobiet, ubranych w tradycyjne czadory, eliminując właściwie z użytku jedną rękę, którą musiały ściskać materiał na piersi. Na każdym kroku widziało się kobiety poprawiające czarne sukno, wykonując czasem ekwilibrystyczne gesty, żeby utrzymać w porządku zasłaniające sylwetkę ubranie. W miastach młodzież nie ubiera się już w czarne czadory – wystarczy kolorowa chustka, odsłaniająca grzywkę, choć pozostałem części ciała, ramiona i nogi, muszą zostać zakryte.

Książkę czyta się znakomicie, choć może jako czytelnik znający z autopsji realia, odbierałem ją inaczej, porównując własne wrażenia z wyprawy do Iranu, zakończonej przecież kilka tygodni wcześniej. Dużo w niej refleksji autora o samej wędrówce, samotności, życiu – widać, że Supergan jest osobowością niezwykłą, sięgającą głębiej pod podszewkę własnej duszy, pragnący się dowiedzieć więcej głównie o sobie, zrozumieć motywy swoich wypraw. Fragment szczerej spowiedzi, kiedy analizuje motywacje do podjęcia tej drogi, zastanawiając się czy zrobił ją dla samego celu i sławy czy może raczej ważniejsza jest sama droga, a cel jedynie zamknięciem drogi, ten fragment odsłania przemilczany często aspekt podróżowania. Supergan pisze przecież, że kiedy dotarł do celu, zapomniał już, po co właściwie wyjechał.


Skąd my to znamy ...?

czwartek, 26 maja 2016

Grzegorzewska Gaja "Kamienna noc"

Nie potrafię ukryć swojej sympatii dla Grzegorzewskiej Gai, dlatego bez zmrużenia oka zamówiłem sobie najnowszy kryminał z Julią Dobrowolską i rzuciłem się do czytania niczym rozsierdzony pekińczyk na gumową zabawkę. Nie liczyłem na fajerwerki myślowe i roztrząsania egzystencjalnych zawiłości bohaterów – wiedziałem co mnie czeka: trupy, kazirodztwo, zabójstwa, przekleństwa, kurewstwo, czyli wszystko co najgorszego w literaturze może zaproponować eteryczna blondynka z Krakowa. Szkoda, że tego ukochanego Krakowa tam jak na lekarstwo, co jest trudno wybaczalne, bo przecież trupy w krakowskim smogu, poplątanym z mgłą nad Plantami, prezentują się wyśmienicie. Zamiast tego jeździmy po świecie z Julią Dobrowolską, a właśnie -  czy rzeczywiście z nią? W „Kamiennej nocy” wszystko na końcu tak się pokiełbasi, że czytelnikom radzę notować, na każdym etapie czytania, najważniejsze fakty i nazwiska, żeby się w efekcie końcowym nie pogubić za bardzo.
Nie przepadam za zasupływaniem akcji w korkociągi czasowe, nie znoszę retrospekcji – lubię jak się mnie prowadzi po równej ścieżce dobra i zła oraz podaje historię jak na łopacie, wprost do umęczonego majowymi upałami łba. Ale tu tak nie ma – jedna przygoda cofa się systematycznie i kazirodcze (?) kotłowania w pościeli, znanego z poprzedniej książki Grzegorzewskiej Profesora, z przypominającą autorkę Julią (ha ha Julią), serwuje się nam w odwrotnej kolejności czasowej, w rozdziałach, które sprytna Gaja oznacza minusami.


Jak zaczynałem czytać „Kamienną noc” to prawie zawyłem z satysfakcji, ponieważ Grzegorzewska tak bardzo okrzepła pisarsko, że już myślałem, że przegoniła Bondę, że wdarła się przed Guzowską, wyprzedziła Miłoszewskiego, że jak jeszcze trochę zaciśnie pasa, to złapie i  Czubaja.  Ale spokojnie, końcówką załatwiła się samobójczo i dobrze, nie bardzo…
Generalnie w książce tej chodzi o to, albo tak nam się przynajmniej wydaje, żeby opisać kazirodcze stosunki bohaterki ze swoim bratem, Profesorem. Julia i Łukasz uciekają przez morza i lądy, a ich przygody czyta się niczym bondowskie scenariusze z lat siedemdziesiątych, albo prędzej Miłoszewskiego książkę o skarbach rabowanych. W końcu trafiają na greckie wykopaliska w Patras, gdzie autorka z Martą Guzowską, archeolożką (i stwórczynią niesympatycznego bohatera o nazwisku Ybl) przebywała, żeby jak najbardziej wiarygodnie opisać didaskalia, a w podziękowaniu jedną z postaci nazwała Martą. No więc mamy te wykopaliska,  jakieś podchody się tam odbywają, nie bardzo załapałem co jest grane, a jednocześnie czytamy relację dziennikarki Florek, która chce o Julii napisać książkę. Ta Julia już jest w Krakowie, bo jak pisałem, Patras to retrospekcja, więc trudna znajomość Julii z Florek, owocuje przygodami krakowskimi, gdzie najbardziej niezrozumiałym dla mnie epizodem, jest zepchnięcie podrasowanego samochodu Julii do wody, na zatracenie. Opisywanie wszystkich wątków tej powieści przekracza moje zdolności i zapewne cierpliwość czytelnika, ale strasznie podobał mi się motyw postaci zwanej Likwidatorem, czyli człowiekiem, który za pieniądze gotów jest załatwić wszystko, łącznie z nową tożsamością. W filmie „Gorączka” Michaela Manna, taka postacią jest Nate, grany przez Jona Voighta, który organizuje Robertowi DeNiro ucieczkę. Likwidator Grzegorzewskiej jest równie doskonały – być może w kolejnym tomie przygód Dobrowolskiej, zaistnieje bardziej wyraźnie.
Z Gają Grzegorzewską problem jest taki, że ona chce być taka wystrzałowa, taka prężna w wymyślaniu akcji, ale jak się za bardzo rozpędzi, to mknie niczym pocisk, wracając do grzechów młodości, kiedy pisała takie książki jak np.”Noc z czwartku na niedzielę”, gdzie postaci wymyślone przez naszą autorkę wciąż tylko gadają, jakby przez to gadanie Gaja chciała posuwać akcję chybcikiem do przodu.
To co wydarzyło się na ostatnich stronach powieści Grzegorzewskiej, przerosło moje nierozgarnięcie – po prostu zaplątały się tam wszystkie wątki i przyznam się z miejsca, że się momentalnie pogubiłem. Już nie wiedziałem kto jest kto? Kim jest Julia, skąd nagle wziął się Wiktor, dlaczego Aron nic nie zrobił, skąd Sara a skąd Maria, czy Maria żyje, a Marcelina? Helenka zaduszona, Profesor zabity, a jednak żyje, złoto z wykopalisk i nasz Bazyliszek, dzieci w beczkach, bliźniaczki, Lena – kim jest Lena? Podobno Marią. Matko Bosko jak w tym wszystkim się odnaleźć, jak żyć, pani Gaju, jak żyć?
Kto  czytał „Betonowy pałac” odnajdzie też w książce Grzegorzewskiej znajome typki, wspominane, przemykające tylko, te pozaświatowe trupy rzeczywistości osiedlowej, wymyślone przez autorkę w postaciach Opiekuna, Nutki, Kakałka i innych. Nie nadążałem w swoich myślowych procesach, nie kojarzyłem już od  połowy książki, o co w tym wszystkim chodzi, czy znajdę jakieś przesłanie kazirodczej miłości, a może to jest o nikczemności pedofilskich zwyrodnialców, a może naplucie na kościół albo umiłowanie archeologicznych wykopalisk? Ja bym tylko chciał, żeby mi ktoś powoli wytłumaczył i rozrysował plan powieści i przedstawił schemat intrygi. Mam wrażenie, że gdyby Grzegorzewska od początku wiedziała o czym chce pisać, poszłoby jej zdecydowanie przystępniej – a tak siadała i pisała, a akcja wymykała się jej spod pióra i szalała jak bezpański pies albo raczej suka.

Ale przecież najbardziej ujęła mnie w „Kamiennej nocy” scena na weneckim cmentarzu, gdzie nasi bohaterowie spędzają noc przy grobie Brodskiego. Sam bym się chciał w tamtym miejscu znaleźć, u stóp ulubionego poety, a tu Profesor z Julią, na  grobach Pounda i Brodskiego biesiadują. Smacznego chciałoby się rzec, albo przysiądź Gaju chwilkę nad tymi grobami i zwolnij. Daj sobie pomyśleć, a potem dopiero pisz. Albo rób co chcesz.

sobota, 21 maja 2016

Zginę bez ciebie.

Bohater powieści kryminalnej Roberta Ostaszewskiego już na siedemnastej stronie wbija szpilę Mariuszowi Czubajowi, wyśmiewając jego nieznajomość policyjnej roboty. A to przecież Czubaj chwali ten kryminał słowami: Wciągająca intryga, stylowy policjant, skandal obyczajowy i brudna polityka w tle. „Zginę bez ciebie” to po prostu porządna, klasyczna szkoła kryminału. Korzystanie ze sprawdzonych wzorców, które dają oryginalny efekt.”


Czubaj już dawno odrobił lekcje, natomiast Ostaszewski zdaje się wciąż tkwić w oślej ławce dla pierwszaków-debiutantów, choć przecież wydał już dwa kryminały (z Miziuro „Kogo kocham, kogo lubię” i Sajkiewicz „Sierpniowe kumaki”), ale może z dziewczynami to się nie liczy, może dziewczyny nie są w stanie dać porządnego kopa, uruchamiając tkwiący gdzieś w człowieku talent? Bonda by Ostaszewskiego kopnęła wystarczająco mocno, ale zajęta pisaniem „Lampionów”, nie jest w stanie wytłumaczyć, dlaczego „Zginę bez ciebie” to żenująca przygoda z literaturą kryminalną.
Mam wrażenie, że wszystko w tej książce jest złe: sposób opowiadania historii, dowcip bohatera, konstrukcja wydarzeń, motyw przestępcy. Ojciec dziewczyny, która popełniła samobójstwo, miejscowy włodarz, pragnie zatuszować osobisty dramat, żeby cała historia samobójczyń, nie odstraszyła inwestorów nowej fabryki kosmetyków. Ja rozumiem, że takie rzeczy na pewno zdarzają się w rzeczywistości, ale nie powinny pojawiać się w dobrych kryminałach. Ludzie bywają odrażający, ale w literaturze warto znaleźć lepszy motyw dla nieczułości, głupoty czy zwykłej chciwości.


Ostaszewski powinien się doskonale znać na tym, jak powinien wyglądać porządny kryminał – zajmuje się tą działką od lat. Oprócz doświadczenia z młodymi pisarkami, jest redaktorem Portalu Kryminalnego, opublikował całą masę artykułów w gazetach oraz prowadzi bloga o literaturze „Mania literatury”. A jeśli jeszcze autor uczy pisania kreatywnego na Uniwersytecie Jagiellońskim, to chyba mogę wymagać więcej, niż tylko głębokiego rozczarowania samodzielnie napisanym kryminałem.
Nic mi się w tej powieści nie układa. Bohater z miejsca zapada w sztampowość zblazowanego policjanta, obdarzonego typowymi cechami osobnika, którego spotykamy od lat w tego typu literaturze. Nie potrafi nas zaskoczyć, wyłamać się ze schematu mądrali z przeczuciami, a do tego szermuje dowcipami i zwrotami, które wspomniany Mariusz Czubaj mógł odrzucić w drodze selekcji pisząc „Piątego Beatlesa”. Nie wiem czy Ostaszewski chciał rozśmieszyć Czubaja, ale udało mu się rozśmieszyć piszącego te słowa, kiedy to zupełnie bez logicznego wytłumaczenia, wprowadza na karty swojej powieści Rudolfa Heinza, profilera, którym Czubaj tak bardzo się znudził, że zastąpił go Markiem Hłasko.
Policjant na własną rękę zajmuje się śmiercią nastolatki Jowity Dudek, pomimo nacisków władz, a nawet o zgrozo, rodziców, którzy chcą zatuszowania przyczyn tragedii. Śledztwo polega na przepytywaniu ludzi, którzy coś mogli wiedzieć o dziewczynie, prowadzi nas do innych samobójczyń, a na końcu i tak okazuje się, że potrzeba mankellowskiego zwrotu akcji, czyli niebezpiecznej sytuacji dla policjanta i jego najbliższych – w tym przypadku ucierpią króliki i niejaka Paulina, która pomimo 19 lat pije i pali, a którą to dziewczynę, zblazowany Konrad na końcu zaliczy (przepraszam z góry za spojler, ale to nie ma żadnego znaczenia dla czytelnika, bo i tak domyślamy się tego od początku).


W powieści znajdujemy również „Zapiski depresjoholika”, czyli spisaną przez bohatera w zeszycie z czarnymi okładkami, dramatyczną historię miłosną. Ukochana żoną Konrada Rowickiego, wpada w depresję nie mogąc mieć dzieci. Do tego jego rodzice giną w wypadku samochodowym, a jedynym wsparciem dla policjanta jest babka Felicja (rzecz jasna musi być „fajna” i oryginalna), nałogowa palaczka. Brzmi nieźle, ale chaotycznie opowiedziane życie sfrustrowanego Konrada razi nieudolnością i kompletnie mnie nie porusza. Nie oczekuję talentu Tomasza Manna, opisującego śmierć małego Nepomuka w „Doktorze Faustusie”, ale w tej retrospektywie przydałoby się trochę więcej wiarygodności.
No i dobrze, nie bardzo, jak mawiał Sabała. Przygoda z kryminałem Ostaszewskiego przypomina historie z Bondą i Grzegorzewską, których początki irytowały równie intensywnie jak „Zginę bez ciebie”.  Książka ma być początkiem trylogii o Konradzie Rowickim, ale albo go wywalą wreszcie z pracy, przeniosą z Ciechanowa do Krakowa lub Heinz przygarnie go do siebie, albo ugrzęźnie w zaściankowym komisariacie, co nie przełoży się z pewności na inwencje twórczą Ostaszewskiego.

Akcja kryminału toczy się w dniach polsko-ukraińskiego Euro 2012, a ponieważ już niedługo czeka nas kolejna walka na boiskach, przypuszczam że Ostaszewski kończy właśnie tom drugi przygód Rowickiego, wplatając w jego przygody mecze naszych we Francji. Oby tom drugi był lepszy od pierwszego, jak kadra Nawałki jest lepsza od tej Smudy.

czwartek, 21 kwietnia 2016

Horst na ślepym torze.

Horst wydaje się być następcą nieodżałowanego Henninga Mankella. Szwedzki pisarz osadził swojego Wallandera w prowincjonalnym Ystad, Norweg Horst śledzi losy Williama Wistinga w maleńkim Larvik. Obaj są zmęczonymi życiem samotnikami, jeden wdowcem, a drugi rozwodnikiem, co wychodzi na to samo; upartymi śledczymi, zajmującymi się raczej analizą myślową niż spektakularnymi wyczynami (choć Wallander od czasu do czasu podejmował heroiczny pościg za przestępcą, co zazwyczaj kończyło się dla niego  zgubieniem lub rozładowaniem telefonu). Do tego obaj mają córki, które czasem są zamieszane w główną akcję kryminału, obaj mają sercowe dylematy z rożnymi kobietami i obaj raczej mało o siebie dbają, co przejawia się np. w ich diecie, opartej głównie na fast foodach.


Ten schematyczny bohater Mankella zrobił wystarczającą  karierę i niepotrzebnie Horst usiłuje coś na tym ugrać. Mankell miał swój styl, tę ociężałość, zmęczenie, otoczony był fatalistyczną aurą, która udowadniała, że przestępczości nie da się tak łatwo wyplenić, że świat zmierza ku czemuś niepokojącemu, a decydenci nie wiedzą jak temu zapobiec. Samotny wilk Wallander miał jakiś urok, budowany przez lata, tajemnicę, głębię czy jak to nazwać – być może bohater Horsta także dorobi się w kolejnych tomach tej charyzmy szwedzkiego policjanta – na razie buduje swój wizerunek i chce, żeby go polubić.


Czwarty tom przygód Wistinga zbudowany jest na prostym schemacie, znanym czy to z „Jaskiniowca”, czy z „Poza sezonem”. To wciągająca proza, którą można zaliczyć nawet w jeden lub dwa wieczory. Czyta się łatwo, tak jak lubię, małymi kęsami, krótkimi rozdziałami, a akcja koncentruje się wokół córki Wistinga, będącej w dziewiątym miesiącu ciąży oraz jej szkolnej koleżanki, która odziedziczyła dom po dziadku. Tenże dziadek, niejaki Frank Mandt, zamieszany w nielegalny przemyt, rozboje itp., zakończył życie w swojej piwnicy, gdzie centralne miejsce zajmuje wielki sejf. Wisting za to utknął w poszukiwaniach zaginionego bez śladu taksówkarza, również zamieszanego w przemyt.


Przez całą lekturę nie opuszczało mnie wrażenie absurdalności sytuacji, którą wymyślił Horst. Kiedy córka Wistinga Line pomaga swojej koleżance Sophie rozwiązać zagadkę sejfu, gdzie znajdują i pieniądze z napadów, broń, dokumenty działalności zorganizowanej przestępczości, nagrania przestępców – w sumie pełne dossier bandyty, którym był Mandt, więc kiedy mają to przed sobą obie, przypomnę: wnuczka nienawidząca dziadka oraz córka policjanta, do tego dziennikarka, efekty przestępczej działalności, zachowują się jak wyjęte z powieści dla nierozgarniętych miłośników powieści o wampirach. Nie zdradzę za dużo, ale nie odmówię sobie dokopania pomysłowości autora – kobiety decydują pieniądze z napadu, naznaczone specjalnym barwnikiem, przesłać w darze jakiejś instytucji dobroczynnej w anonimowej paczce. Oczywiście takie pieniądze, pochodzące z napadu nie mogą być potem wykorzystane. Dwie, zapewne blondynki, wpadają na genialny pomysł, żeby znalezioną broń oddać ojcu Line, a ten nie wnika za bardzo skąd ta broń, choć potem okazuje się, ze zabito z niej człowieka. I przez całą książkę widzimy, że rozwiązaniem wielu zagadkowych historii jest ten nieszczęsny sejf, z którym nie wiadomo co zrobić. To znacz Horst nie wie, nie potrafi, na tym sejfie oparta jest cała akcja powieści – gdyby koleżanki zawiadomiły po prostu policję o swoim znalezisku, nie byłoby tej książki.
Drobnych wpadek, niedociągnięć, nie przemyślanych wątków znajdziemy tu kilka. Szkoda, że Horst nie pogłębił wątku osobistego Witstnga, jego relacji z Christine, zapewne nowej partnerki w przyszłych tomach – tutaj tylko nieznacznie coś się rodzi, jakieś wspólne kolacyjki, nieśmiałe sygnały…
A jednak polubiłem już ten styl, nie ciąży ta proza jak czasem opowieści Mankella, wszystko jest dobrze rozpisane, kulminacja przychodzi w ostatnich rozdziałach, jest nawet pewna mrożąca krew w żyłach scena, ale bez obaw, nikomu nic się nie stanie – to nie tragedia szekspirowska.

Horst będzie pisał dalej – to nie ulega wątpliwości – kolejne tomy być może skomplikują trochę sytuację 58-letniego policjanta. Jeśli autor nie będzie nam serwował prozy, w której odnajdziemy absurdalne wypadki i zdarzenia, na pewno znajdzie grupę wiernych czytelników w Polsce. Ja w każdym razie jestem gotowy na kolejny tom z Wistingiem w roli głównej – pewnie tradycyjnie w przyszłym roku.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Depresja gangstera.

Prawdę mówiąc nigdy nie wierzyłem w depresję. Wydaje się być chorobą wymyśloną przez cywilizacje, usprawiedliwiającą własną niemoc oraz wykorzystywaną do tuszowania złego samopoczucia, które przecież dosięga każdego. Światowa Organizacja Zdrowia twierdzi, że na depresję cierpi dziesięć procent ludzi, i że jest to czwarty, najważniejszy problem zdrowotny na świecie.
Obejrzałem niepokojący film Larsa von Triera pt. „Melancholia” (kiedyś tak definiowano depresję), gdzie świetnie zagrała Kirsten Dunst, za co otrzymała bardzo słusznie nagrodę w Cannes. Bohaterka, grana przez Dunst, zdecydowanie pogrążona jest w depresji, choć akurat trudno się jej dziwić, w obliczu zbliżającej się zagłady świata, ale ona zapadła na tę przypadłość jeszcze przed objawami katastrofy.


Na depresji nieźle zarabiają psycholodzy, choć akurat ich umiejętności nie są w stanie przełamać bariery osób, które zgłaszając się panicznie do lekarza, liczą na wyleczenie, ale nie potrafią otworzyć się przed obcą osobą całkowicie. Dobry specjalista wie jak dotrzeć do pacjenta – jeśli oglądaliście serial HBO „Bez tajemnic”, to takim fachowcem był Jerzy Radziwiłowicz, no ale kto by się nie otworzył przed taką osobowością.
Wydawnictwo PWN przysłało mi książkę Sue Atkinson „Jak wydobyć się z depresji”, a ja nie protestowałem, ponieważ pomyślałem, że poznam depresję od podszewki, a potem będę służył radami najbliższym, którzy twierdzą, że co jakiś czas wpadają w depresję i wtedy tracę z nimi kontakt. To już szóste wydanie książki, z czego należy wnosić, że szacunki WHO, jakoś się sprawdzają.
Książka nie jest przeznaczona dla mnie, miłośnika słodkiej melancholii. Dlatego przeczytałem ją w mig i jestem pod wrażeniem jej przejrzystości, kompetencji autorki, która sama zmagała się z problemem, a także celności diagnoz, uwag i pomysłów. Nieskromnie napiszę, że dużo moich uwag, porad, sugestii przekazywanych osobom zainteresowanym, znajduje odzwierciedlenie w poradniku Sue.
Autorka radzi nie czytać wszystkiego na raz, więc jeśli jej rady mają pomóc, należy wyszukać w spisie treści tytuł rozdziału, który akurat nas w danej chwili interesuje. A co znajdujemy w spisie treści? Przede wszystkim wyjaśnienia objawów, przyczyny depresji, dobre rady, ale nie łudźcie się, nie ma tam złotego środka, są za to podpowiedzi co robić. Nie jest to amerykański poradnik dla przygłupów, typu „jak osiągnąć szczęście bez wychodzenia z domu” czy „jak zdobyć mężczyznę o urodzie Brada Pitta, mieszkając w Kutnie”, ale są tam proste odpowiedzi na twoje pytania. Jak każda odpowiedź na pytanie, żeby miała sens i była celowa, powinna oddziaływać tak, żeby osoba przyjmująca zaufała . Ten poradnik da ci jasne wskazówki co robić i kiedy. Najprostsze rady czasem są najskuteczniejsze, więc: bądź dobry dla siebie (ileż razy ja powtarzam: zrób sobie codziennie co najmniej trzy przyjemne rzeczy), akceptuj rzeczywistość, bądź cierpliwy, odpoczywaj, ale uprawiaj dużo ćwiczeń fizycznych, rób to co lubisz.
Nie moim zadaniem jest wyliczanie tutaj wszystkich metod skutecznej walki z depresją, zawartych w książce, ale raczej zachęcanie do jej przeczytania, z pozycji osoby zdrowej. Chory doceni książkę, jeśli ona mu pomoże choć w małym stopniu. Atkinson zaznacza, że napisała tę książkę nie po to żeby udowodnić, że znalazła odpowiedzi na wszystkie pytania dotyczące depresji, ale po to, żeby postawić te pytania w sposób właściwy.
Poczucie winy, gniew, samotność, stres, lęki, emocje, napady paniki, samoocena – wszystko tam znajdziecie doskonale wyłożone, opisane i podsumowane. Wydaje się, że wystarczy książkę przeczytać i już idziemy w dobrą stronę. Albo tylko mi się wydaje. Może dobrze to czytać przed uderzeniem kolejnego napadu choroby, wiedząc co robić, gdy zbliża się okres melancholii? Oddam tę książkę do przeczytania komuś kto twierdzi, że ma napady depresji, choć ja w to nie do końca wierzę, ale po lekturze Atkinson, jestem w stanie wskazać jeszcze lepiej jak się przed depresją ustrzec, jak z nią powalczyć, albo jak jej zapobiegać.

Jednym z rodzajów depresji jest zaburzenie afektywne dwubiegunowe, na które choruje moja ulubiona bohaterka z serialu Homeland, czyli Carrie Mathison, grana przez Claire Danes. Jak pisze Atkinson, ten rodzaj depresji charakteryzuje się oprócz napadów głębokiej melancholii, także okresami euforii. Taka maniakalna faza sprzyja artystom, którzy wówczas przechodzą sami siebie. Być może to jedyna, pozytywna strona choroby, na którą najlepszym lekarstwem, jest obecność bliskiej osoby, co powtarzam od lat, bez rezultatu.